Ból musi być żywy

Tęskniłem za nocami. W te dni lat płodnych w międzyludzkie kontakty, w których syciłem oczy obracaniem w spojrzeniach osobowości miałkich oraz niepowtarzalnych, w których jak w Ziemi obiecanej zaczynałem stawać się dodatkiem do własnego pugilaresu i wciąż, jak zawsze marzyłem by uciec stąd i zapomnieć o wszystkim. Najbardziej bezpłatną ucieczką zawsze były te minuty beztroskiego lepienia myśli pacnięciami palców o plastikowe klawisze. Przez lata żyłem z trupami, truchłami, prawie wyłącznie słuchając pośmiertnych dialogów: jak w Bobku Dostojewskiego, być może zresztą Fiodor zawarł w tym właśnie metaforę literatury. Więc w te dni, te miesiące od słonecznych po mroczne, od upalnych po mroźne, od radosnych po beznadziejne tęskniłem za nocami.

Nad pięknem nocnej ciszy, błogiego spokoju od skrzeku rzeczywistości postawiłbym chyba jedynie nadzieję. Nie sposób jednak uprawiać nocy na etacie. Noc to nie wypad na weekend, dzień, dwa nie wystarczą. Wampiryczny romantyzm wymaga światłowstrętu, spleenu, poezji i prozy. Dni, tygodni przygotowań i pielęgnacji. Ofiarując jednak nocy skupienie zyskujemy zachwyt.

Zachwyt, kiedy ostatni raz prawdziwie się zachwyciłem? Czy kiedykolwiek będzie coś większego od jej ostatniego spotkania? Wymiaru tamtej rozkoszy nie policzę na palcach żadnej nocy, a bólu odjęcia tamtego szczęścia nie wyrazi żadne fizyczne cierpienie. O ironio święty spokój jest spokojem sklętym. Tylko żywy ból złamanej nadziei uświadamia życie, tylko wtedy umieramy wolniej. Banał rytuałów i rutyna codzienności zaginają czasoprzestrzeń kurcząc czas. Wracając z toalety potykamy się o własną starość, a drzemka deski łóżka transponuje na drewno trumny. Przemijam bez pulsu, zanikam. Słomiany Chopin z sercem w innym kraju.