Gdzie sprzątaczek sześć, tam błękitna pleśń

Zaś kiedy wszyscy zdolni architekci Łodzi umarli, wyjechali do innych miast albo zostali wydaleni z zawodu, kiedy dawne piękno gniło w powojennych realiach, bo wojna przez argument śmierci, argument siły, wygrała z intelektem i rajdy Niemców wyrżnęły katedry oraz spaliły biblioteki, otóż wtedy garstka miernot wymościła Aleję Politechniki gównianym modernizmem, srając kiczowatymi bryłami pomiędzy wąwozem ulicy nie do spaceru, ale ku jakże komunistycznej maszynie (w mieście mas) zrodzonej.

Przejeżdżam nią codziennie. Co dnia oglądam skażone świtem chłodnie kominowe EC-2, akademiki składujące setki cuchnących beznadzieją studentów, którzy za rok, dwa, pięć zamienią się w korporacyjnych zapierdalaczy. Przy Felsztyńskiego wysiada sześć sprzątaczek, które pojawiły się w tramwaju kilka przystanków wcześniej. Wszystkie biedne nawet jak na polskie warunki. Co do jednej – kobiety. Każda z wiadrem i parą szczotek (mopem i miotłą). Doszło już do tego, że nawet na tym sprzęcie trzeba nam oszczędzać. Na SUVy dyrektorów szmacianych spółek nie wystarczą już cięcia w budżecie wynagrodzeń. Coś jest na rzeczy i te sprzątaczki wędrujące komunikacją miejską razem z utensyliami za pracą stanowią signum temporis. Coraz większy smród w zbiorkomie, coraz piękniejsze samochody na ulicach. Zacząłem już ignorować kolejne Mercedesy AMG i Porsche Cayenne. Po okolicznych lasach wyrastają działki grodzone wysokimi płotami, a perspektywy bram zaczynają osuwać się w rozpacz lat ’90, kiedy Łódź przeżywała terapię szokową, z której nigdy do końca nie wytrzeźwiała. Pracownicy najemni rozmaitych profesji balansują na linie nad przepaścią biedy, a odległość między klifami rośnie z każdym (k)rokiem.

Jesień galwanizuje percepcję refleksją, co cenię. W dniach pierwszych, bo w drugich zamula jak kac. W istocie – kac po lecie i wiośnie. Wiosna byłaby w tej libacji pierwszym łykiem budzącym lekki, elektryzujący rausz. Lato wódką. Dużą.

Przede mną ruda dziewczyna leży bezwładnie na siedzeniu tramwaju. Jej głowa tłucze o szybę, aż po mój własny ból. Podnoszę się, biorę ją za ramię. Odwraca się – nie zemdlała i nie umiera. Ma tylko kaca, bezsenność, zwałę. W odruchu wstydu przepraszam ją za przebudzenie.

Smród dojrzałego potu miesza się w tych przestrzeniach z zalotnymi perfumami. Nadzieja studentów ze stuporem pracujących i beznadzieją bezrobotnych. Tak niesamowicie cicho nie dzieje się w życiu nic. Tak skrzeczy niema rzeczywistość, że trzeba ją sobie wymyślać od nowa. Ubierać w nastroje, marzenia i nowotwory. Zakochiwać się z nudów w przypadkowym mięsie. Wędrować wieczorami po samotnych cmentarzach i roić sny ziszczające się w porankach. Notować bełkotliwe eseje i wysyłać w świat, by ginęły te motyle jednego kilobajta na przecięciu języków, w skrzyżowaniach słów. I może tylko z zapomnianego i omal zełganego promienia słońca pewnych oczu można będzie wysłowić jak z ziarna, utuczyć godzinami autyzmu nad cyfrowymi kartkami historię…

Biura pustoszeją jak domy

Biura pustoszeją jak domy. W których rodzą się dzieci, zakwita nadzieja. I dojrzewanie ją zaprzepaszcza. Z których uciekają dzieci, gdzie lęgnie się samotność. Z początku przeglądająca się w lustrze małżeńskich spojrzeń. Z czasem kompletna. Podobnie biura. Pustoszeją. Z rana senne powitalnymi uściskami dłoni. Potem pracowite, ludne. Wreszcie wymierające, ciche, aż po samotność nadgodzin. Długowieczna starość to też nadgodziny. Biura pustoszeją jak domy.

Zabawne, że im jestem starszy tym wyższe przestrzenie się przed mną otwierają. Dzieciństwo spędzałem w jednopiętrowym domu. Młodość w niskim bloku. Dorosłość przyszło mi spędzać już na ostatnim piętrze jednego z najwyższych budynków w mieście. Ekstrapolując – z pewnością trafię do nieba.

Wieczorny spacer uświadamia, że świece na cmentarzach płoną tą samą barwą, co latarnie na ulicach. W oknie biurowca na Rondzie Solidarności o dwudziestej nie tylko lśnią kondygnacje, lecz współcześni „Ignacze”, Kamile nieświadomi przejrzystości okien pod nieobecność pańskiego oka tulą swoje Zośki. I rosną te współczesne przędzalnie, nowotworząc miasto przerzutami. Za lat sto Włókniarzy zamieni się na Programistów, a Przędzalnianą na Outsourcingu. Browarna będzie Amfetaminowa, a Krośnieńska Menedżerska. Milionową na Miliardową koniecznie, bo inflacja. Jaracza na Aleję Ganji, a Tkacką przerobi się na Bulwar Dedlajnu. Oczywiście z Włókienniczej powstanie Woonerf Fakapu. I wbrew wszystkim, co Łodzi nie lubią (nie odczuwają?) – pięknie wygląda w ten piątek z samotnego biura. Załkana kilkoma kroplami deszczu, uśmiechnięta kilkoma kreskami słońca. Z biurami pustoszejącymi jak domy.

I.

Wracając z pracy mijam na osiedlu I. Jest śliczna. Szczególnie w migawce półsekundowego spojrzenia, kiedy z jej źrenic wywierconych w ciemnobrązowych oczach mój mózg może interpolować piękno, które jak głosi przysłowie tkwi w patrzącym. Umyśle, bo nie ciele, za które mi wstyd – za te włosy w nieładzie, bo poranny pośpiech nie zawsze odnajdzie miejsce na pastę, za te buty do wymiany od trzech miesięcy, za szczecinę niedogoloną, niechlujną. Najbardziej jednak chyba za nijakość. Kiedy byłem bowiem kimś innym I. miała dla mnie wiele uśmiechu. Całkowicie nieuzasadnionego. Uśmiechu siedemnastolatki. Jeszcze niewinnego, jeszcze nierozeznanego w swojej sile. Delikatnego, nieświadomego uśmiechu sprzed dekady. Dziś jej twarz poważniejsza, usta sprężyste, zmysłowe jak wtedy, grymas na nich jednak doroślejszy. Znikła figlarna dziewczynka, która robiła sobie zdjęcia w samolocie z wokalistą Ironsów. Jej półsekundowy szkic przywodzi na myśl businesswoman. Być może pracuje w korpo, może jest już bullshit-accountem albo wtf-managerem. Niewykluczone, że jej umiejętności miękkie są doceniane, a kontakt z klientem opanowała do perfekcji. Jej CV imponuje, a pewny chód raduje serce jej bossa, nawet jeśli jest tylko junior specialist albo applicant. Może też sprzedawać telefony w pobliskim salonie. Tak. Na pewno coś sprzedaje, bo kupiłbym od niej w ciemno. Nie widzi mnie, nie dostrzega, nie poznaje. To przewidywalne, zbyt mocno się zmieniłem, nikt mnie już nie poznaje. Nie czynię najpewniej dość pociągającego wrażenia, by trwonić na mnie czas, jak ja na własną przeszłość, na te twarze z osiedla, z miasta i z regionu, które pamiętam zawsze, których nie zapominam nigdy, które w pół sekundy rozpoznaję, twarze dzieci – obróconych w mężczyzn, dziewczynek – wykwitłych w kobiety, głupców – dziś w szmatach biedaków, kujonów – kończących fatalnie, kaczątek – dziś w skórach łabędzi. I tych kilku kobiet, które nie zmieniają się wcale. Najpierwsze sarny od zawsze. Na zawsze. Na palcach dłoni policzalne, wyjątkowe, najpiękniejsze. Minęła mnie I. Ma dwadzieścia pięć lat i jest śliczna.

Wojna

Chciałem wyrazić jakoś swój komentarz wobec tego, co się przetacza przez media, przez politykę, przez całe publiczne życie na przestrzeni ostatnich tygodni. Wyartykułować precyzyjnie i dobitnie całe moje oburzenie przeciw wojennej retoryce, wykrzyczeć diamentowym szlifem epitetów i przymiotników własną bezsilną złość na przywódców, którzy chcą wydawać moje, wyrzucać nasze pieniądze na broń nie gwarantującą nam nic, opluć jadem bezsilności krzykaczy, którzy przy pierwszym drgnięciu rzeczywistości, przerażeni konsekwencjami własnej retoryki schowają się za plecy młodych mężczyzn, za ręce dwudziestoletnich bezrobotnych, których życia można by spożytkować dla pokoju zamiast ich los przemieniać w los żołnierza przegranego kraju. Chciałem, ale zabrakło mi słów.

Ujmijmy to więc następująco:

   

Zaś Was J. i A. – dwie, piękne i młode, inteligentne i dobroduszne Polki na emigracji, proszę: urodźcie dla tego narodu dzieci lepsze od nas, które w następnej epoce ocalą Polaków od takiej rzeczywistości…