Do końca

Jacek Walkiewicz, dość słynny polski coach, w swoich wystąpieniach mawia często: W życiu są rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca, ale nie zawsze to, co warto, się opłaca, i nie zawsze to, co się opłaca, warto. Choć nie łatwo uniknąć dziś zarzutu bycia kolejnym Coelho, słowem argumentu trywialności w przypadku aforyzmu, to wydaje mi się, że coś w tym jednak jest.

Staję właśnie przed takim wyborem. Wydaje się, że się nie opłaca. Przedsięwzięcie jest nieco ryzykowne. Termin szalony. Szanse niepewne. Mimo to: warto.

Wiele zajęć różnych kwestii mnie w życiu nauczyło. Biegi długodystansowe: trzymać rozsądne tempo, nie szarżować i być konsekwentnym. Spekulacja na giełdzie: nie popadać w histerię w złych dniach i nie chwytać się kurczowo pierwszej okazji, gdy tylko pojawi się zysk, bo może zjawić się większy. Pewne lato nauczyło mnie również, by nigdy nie odpuszczać. Nie wolno przenigdy, pod żadnym pozorem, ani argumentem poddać się w walce o marzenia. Choćby kompletnie obłąkane były plany ich realizacji. Niechby nawet wyszło się na kompletnego idiotę w próbach ich zwyciężenia – walczyć. Walczyć i próbować. Jedyną alternatywą jest wieloletnia gorycz. Nie z przegranej bynajmniej. Z tego momentu, sekundy słabości, w której zdecydowało się wywiesić białą flagę.

Na rozpaczliwie niedorzeczną miłość

Rzeźbienie przyszłości, to kurewsko ciężkie zajęcie. Prawdziwa katorga, mordęga. Wymaga barowania się z teraźniejszością, a mało jest bardziej obrzydliwych uczuć, niż poczucie upływającego czasu. Kształtowanie zdarzeń jest robotą na pełen etat. Jestem nią wykończony.

Dostrzegłem to w minionym tygodniu w postaci drugiego półksiężyca wykwitłego pod gałkami ocznymi. Deprawacja snu wiedzie szlakiem urojeń, więc trzeba mi było poduszki. Żeby jednak w panice nie unikać tematu sięgnąłem po wysokie ce.

Sztuka wielkiego formatu, jak wszystko co ponadprzeciętne, rozgrzewa umysł. Rozwój duchowy to higiena intelektualna. Bez sesji wsobności, refleksji i wspomnień rodzą się zawały po trzydziestce i recepty na Xanax.

Rogucki przecina mi życie jak oddech. No… może nieco płycej. Jak seks powiedzmy. Ewoluuję razem z nim. Część płyt przypada na okresy szczególne. Pewne utwory kotwiczą ze sprawami najwyższej wagi. Znacie to.

I kiedy w tę noc listopadową odliczam lata i słucham głosu, co śpiewał wszelkie barwy życia, kiedy wspominam lata i dni, powraca idee fixe. Kształtują nas nieliczni. Rzeźbią nas przypadkowo, ledwie muskając osobowościami. Rujnują nas albo doskonalą. Zazwyczaj więksi od nas, mniej przeciętni. Zmieniają perspektywy. Zwyciężają nas, odmieniają. Czasami intelektem. Bywa, że urodą. To również siła.

Jak pięknie można postrzegać banał ciała! Ciężko wydobyć piękno wyłącznie z oka patrzącego, ale przysięgam, patrząc odpowiednio, przez filtry, pryzmaty kultury, przez szkiełka skojarzeń, zaokrąglenia uniesień, dostrzec można więcej. Pewien jestem, że nigdy, do końca świata i końca wieczności nie uda jej się zobaczyć w lustrze tego, co dostrzegłem ja. Najpewniej zresztą sam byłbym dziś już na to ślepy. Z pewnością kilka lat wcześniej. Kruchy jest zachwyt.

Ile ja sam krzywdy i nadziei skrzesałem? Nie jestem przecież pierwszym, lepszym Januszem. Coś-tam w miałkości tych brwi, w znużeniu tych oczu można odnaleźć. Kto w noce jak ta, w smutek jak mój, wspomina mnie i myśli jak inny byłby, gdyby nie potknięcie o moje życie? Jak wiele możemy znaczyć dla kogoś, kto tak niewiele znaczy dla nas? Jak bardzo niczym można być dla kogoś, kto jest, kto był dla nas wszystkim…

Ale głupio,
Że to tylko
Tak świsło
Tak błysło
Przez głowę

Ale głupio,
Że to tylko
Pożywką
Się stało
Dla wspomnień

Zapominam cię
Zapominam cię
Zapominam cię

Zapominam cię
Zapominam, że
Na śmierć

[ Piotr Rogucki, Całuj się, J. P. Śliwa ]

Trzy

Pierwszą spotykam wychodząc z biurowca. Wszystkie korporacyjne wnętrza są takie same. Krzesła, biurka, monitory. Recepcje, badge, nadgodziny. Mimo ósmej rano ponure, sine twarze wpatrzone w ekrany. Zapach taniej kawy wije się między boksami open space’u. Za oknem jesień, polska jesień: szare krople szklą szkielety drzew, zblakła trawa umiera na marginesie krzywych chodników. Ma na imię D. i ładne nogi. Choć to ja pierwszy zaczepiam ją spojrzeniem, to z braku pewności pozwalam jej przejąć pałeczkę.

– Czy my się skądś nie znamy?

Znamy, rzecz jasna. Trzy zdania na krzyż, small talk w deszczu, uśmiechy. Gramy to jak Zimmerman mazurki. Dwa miesiące temu, jakiś wieczór, kilka godzin. Tak, to była ona. Emocjonalna, wyrazista, o dużym potencjale seksualnym wyrażającym się w sformułowaniach takich jak Uwielbiam penisa mojego faceta, jest zajebisty, najlepszy. Wymieniamy się banałami, odliczamy trzy minuty. Więcej niż pięć ta rozmowa nie potrwa. Wyczekujemy milczenia. Pod koniec rzucam kwotę. W Polsce o pieniądzach się nie rozmawia. Oczy puchną jej jak brzuch w ciąży. Po co to zrobiłem? Mogłem skłamać. Mogłem powiedzieć pięć tysięcy. Jestem złym człowiekiem.

Drugą spotykam w centrum handlowym. Wszystkie sklepy są takie same. Tysiące lamp i lśniące posadzki. Smugi perfum na piętrach z ciuchami. Zapach tłuszczu na piętrach z jedzeniem. Nisko położona piramida wieku. Tłumy nastolatków. Samotni staruszkowie. Te same marki. Wszędzie, w każdym mieście, a nawet i kraju te same loga i usługi. Złote łuki, łyżwa, krokodyl. Miasto, masa, maszyna. Uniformizacja, unifikacja, globalizacja. Mózg zaś jest fascynujący. Ostatni raz widziałem ją 10 lat temu. Znaliśmy się dwa tygodnie. Rozpoznanie twarzy zajmuje mi mniej niż sekundę. Tak pięknie się dziwi, gdy przeszłość wita się z nią wymieniając jej imię i nazwisko. Tak zabawnie się przeraża, kiedy uświadamia sobie, że mnie nie pamięta. Umyka szybko. Jakby można było umknąć przed przeszłością…

Trzecią spotykam w księgarni. Wszystkie empiki są takie same. Hipermarkety z książkami. Nie kupicie tam Lermontowa, ani Hemingwaya, ale Kasię Tusk i Kingę Rusin w promocji. Może nawet w zestawie. Do książki zaproponują wam czekoladę. Znajdziecie tam każdy poradnik. Zresztą na sekcji poradników mała, smutna sprzedawczyni każe mi szukać Raczkowskiego. Kiedy mówię jej, że tytuł to Książka, którą napisałem, żeby mieć na odwyk nie dowierza. Co innego wesoły rudzielec, który pomaga mi później, gdy moje poszukiwania kończą się fiaskiem. Ma szeroki uśmiech, figlarne spojrzenie brązowych oczu i czarne jeansy o wysokiej talii. Rzecz jasna krępujące jej zgrabny tyłeczek. Ach, jakie to niskie, że klepię w klawisze o tym, jak zwinie sunie przez półki, przez regały. Cóż jednak, jesień. Jakoś muszę zagłuszyć, że między tymi regałami ważniejsze sceny mnie kiedyś dopadły. Tylko wgapiając się w czarne jeansy rudej mogę zapomnieć o czarnych jeansach złotej.

Stagnacja eksplozji

Jestem więcej niż kiedykolwiek. Puchnę, eksploduję na otoczenie. Nigdy przedtem nie byłem tak dobrze odbierany, tak rozchwytywany. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spójnie, racjonalnie, nie sięgałem planami tak daleko i szeroko. Nigdy tyle nie zarabiałem, a mimo to wiem, że to dopiero początek. Nigdy przedtem nie byłem tak płynny w angielszczyźnie. Nie było czasu, gdy spojrzenia kobiet tak bardzo grawitowałem. Nie było lat, bym więcej niż w tym roku podróżował. Nigdy wcześniej nie nauczyłem się tak dużo, w tak krótkim okresie.

I nudzę się.

Nudzę.

I w tych wieczornych powrotach przez zmarznięte miasto, w refleksach lśnień na taflach szyb, na ścianach brył, w świetlikach iluzji migoczących na elewacjach biur, w tych ciemnych alejach, zamglonych parkach, wieczornych przelewach, porannych koszmarach, we wszystkich tych chwilach, godzinach i dniach – uciekam. W siebie, w przeszłość. Im więcej energii pozornej, tym głębsze te wsobne autyzmy, im pieniądze większe, tym mniej wiem na co je wydać: bo na rzeczy ważne mnie nie stać, a najważniejsze nie mają ceny. Te kilka chwil zwierzęcego entuzjazmu sprzed piętnastu lat. Albo godzina przy stoliku z kimś, kto dawno już o mnie zapomniał. Lub choćby ta wódka z K. i jego pozerstwo, gdy nosił spirytus w piersiówce, gdy woził katanę w maluchu. Może też M. heroiczna, gdy z bólem gardła, głowy i serca wiodła mnie przez obce miasto, przez słońce i nocne światła, przez mosty i rzeki, kościoły i kawiarnie. Z pewnością M. w tysiącu godzin, w rozmowach nocnych i dziennych spacerach, w szaleństwie i mądrości, w dyskusjach i wygłupach.

Prawdziwe życie to kilka chwil. Kilka kobiet, rozmów, miejsc. Tak strasznie się rozcieńcza w tysiącach złotówek, tak sprytnie nam je kradną, tak tanio oddajemy…