Miłość

Kiedy posłucha się porad, które okazjonalnie wygłaszają osobowości takie jak Zuckerberg, Jobs, czy Musk na jednym z pierwszych miejsc pojawia się pasja, częstokroć wyrażana banałem rób to co kochasz. Logika stoi za tym prosta – życie jest jak testy robotów w Boston Dynamics, próbujesz coś zrobić, a ono wytrąca ci to z ręki, próbujesz coś dogonić, a ono ucieka; jeśli mamy osiągnąć cokolwiek, co wymaga poświeceń, musimy to kochać, bo tylko dzięki temu się nie poddamy i nie pójdziemy szukać szczęścia w innym kierunku.

Mam wiele szczęścia, naprawdę jestem szczęściarzem, gdyż mam w życiu kilka pasji. Jedną z nich jest moja praca. Wykonuję to, co bezsprzecznie lubię. Po latach zmagań z tematem mogę chyba wręcz pokusić się o stwierdzenie, że kocham. Wszystkim tego życzę, bo jest prawdą, że mimo trudności, gorszych dni, chwil, miesięcy, mimo umiarkowanej nieraz satysfakcji, w zasadzie nadal i wciąż, dalej i bez przerwy nie widzi się innej alternatywy poza tym, co się kocha.

I może w relacjach damsko-męskich miłość podobną odgrywa rolę… Może Cohenowskie love’s the only engine of survival jest prawdziwe nie dlatego, że bez miłości skaczemy w przepaści bezsensu, w otchłanie rozpaczy, ale dlatego, że tylko kochając i to kochając prawdziwie, możemy przetrwać życie, tak trudne do przeżycia w pojedynkę, z kimś, kto inspiruje, wspiera i napędza. I może miłość romantyczna nie jest w żadnej mierze miłością, a w dużej mierze egoizmem połączonym z masochizmem?

Advertisements

There ain’t nothing out there that can kill Ron Woodroof in 30 days

Ron Woodroof jest bon vivantem. Żyje bez celu, z dnia na dzień. Lubi pieniądze i kobiety. Jest heteronormatywny, aż po homofobię. Nie myśli o jutrze, jutro do dalekie kiedyś. Carpe diem zmienia się jednak w memento mori, gdy trafia do szpitala. Badania krwi wydają na Rona wyrok. Ma HIV, ma AIDS i jest lato. Sam środek roku 1985. Został mu miesiąc życia.

I właśnie wtedy, kowboj, symbol niezwyciężonej Ameryki, postanawia się zbuntować. Nie ma na świecie rzeczy, która zabiłaby Rona Woodroofa w trzydzieści dni – krzyczy w oczy katu – swojemu lekarzowi – po czym wychodzi. Szpital opuszcza już inna osoba.

[ SPOILER (ale subtelny ;-)]

Za Dallas Buyers Club zarówno Matthew McConaughey, odtwórca głównej roli, jak i Jared Leto, aktor drugoplanowy otrzymali w 2013 roku Oscary. Uwierzcie mi – zasłużenie. I o ile McConaughey stworzył postać wiarygodną, pociągającą, bohaterską, której kibicuje się w metamorfozie od durnego prowincjusza do światowego biznesmena, od homofoba do osoby akceptującej odmienność, od marnotrawiącego życie do walczącego o najmniejszy jego strzęp, o tyle to, co w trakcie dwóch godzin pokazał Leto jest wybitne. Wokalista 30 Seconds to Mars wcielił się bowiem w rolę queera. Samo w sobie nie jest to łatwe, nawet uwzględniając pewne przerysowanie postaci, ale intensywność, z jaką to wcielenie nastąpiło jest imponująca. Poświęcenie dla tej konkretnej roli godne jest podziwu.

[ KONIEC SPOILERA ]

To nie jest film łatwy. Nie jest to kolejne ratowanie świata. Zapewniam jednak, że warto spędzić sto dwadzieścia minut obserwując Rona Woodroofa walczącego ze śmiercią. Być może pozwoli to wam uświadomić sobie, że i wy jesteście śmiertelni. I zrozumieć, jak wiele energii ta świadomość może w człowieku wyzwolić.