Pan i pies

Jestem prostym człowiekiem. Wulgarnym, złym, jak z Carnegiego wyjętym bucem, co pragnie tylko by się z nim zgadzano, by mu przytakiwano i mówiono o tym, co dla niego istotne. Szczególnie przejawia się to w literaturze. Zachwyca mnie to, co mi bliskie. Opowieści o tematach mi obcych, nieważnych dla mnie, a choćby najcenniejszych dla ludzkości, najbardziej ważkich literacko nudzą mnie i odpychają.

Jeśli jednak miarę wielkości literata mierzyć można tym, że w człowieku kompletnie niezainteresowanym tematem wzbudzi zaciekawienie, wówczas Tomasz Mann jest tytanem swego fachu. Nigdy bowiem nie przepadałem za psami. Nie lubię ich wręcz. Jednak to, jak mistrzowsko relację między właścicielem, a zwierzęciem oddał w opowiadaniu Pan i pies Mann jest niezwykłe. Umysł eksploduje od precyzji opisu, od spostrzeżeń zachwycających trafnością, scen prostych, a realistycznych. Zmysł obserwatorski Manna budzi we mnie gigantyczny respekt. Tym mocniejszy, że historia przez wiele stron nie porywa fabułą. Destylacja z obfitości rzeczywistości ekstraktu tych kilku migawek, kilku bajtów najbardziej ważkiej informacji opisującej dany obiekt tak, że wargi same układają się w uśmiech – cóż, takiej literaturze winszuję, takich literatów podziwiam. I takim jest Tomasz Mann.

Advertisements

Nowa Kurwa Mać

Interesujące procesy myślowe zachodzą w mózgu niedotlenionym treningiem. Może już zresztą do reszty zdresiałem mieszkając tyle lat na owianych złą sławą Bałutach. Doszedłem jednak do wniosku jednoznacznie popartego moim niewzruszonym przekonaniem, że przemysł motoryzacyjny w kraju podupadł nie z powodu wrogości zagranicznych koncernów, braku wsparcia państwa, czy nawet nieudolności inżynierów. On upadł z braku nazwy. Skoro słynny już Mitsubishi Pajero, co po hiszpańsku oznacza onanistę, stał się kultową wpadką, to nie jest to kwestia bez znaczenia.

Otóż wyobraźcie sobie państwo mieszkańca Krakowa, który kupuje Warszawę. Czy robi to z niesmakiem? Z niesmakiem. Czy robi to w ogóle? Jeśli musi. Z drugiej strony, czy Warszawiak kupiłby Lublina? On, stolicznyj, światowyj, kupić by miał prowincjonalnyj automobil? Ni chuja, powiadam.

Polski samochód powinien odzwierciedlać polskość. Duszę naszą. Nasz kraj. I nie może się nazywać Wisła. Nie może Odra. Nie może Bałtyk. Polski samochód powinien się nazywać Kurwa.

Mam już nawet gotowy zestaw modeli.

Kurwa Wściekła – model sportowy dla czterdziestolatków, tylko czerwony kolor, luksus i szybkość.

Kurwa Jebana – model sportowy dla dwudziestolatków, kabrio, ale z daszkiem, by wygodnie pojebać na parkingu.

Kurwa Mać – model rodzinny, flagship marki.

Wyobrażacie sobie reklamy? Nowa Kurwa Mać – już od czterdziestu dziewięciu tysięcy dziewięciuset złotych.