There ain’t nothing out there that can kill Ron Woodroof in 30 days

Ron Woodroof jest bon vivantem. Żyje bez celu, z dnia na dzień. Lubi pieniądze i kobiety. Jest heteronormatywny, aż po homofobię. Nie myśli o jutrze, jutro do dalekie kiedyś. Carpe diem zmienia się jednak w memento mori, gdy trafia do szpitala. Badania krwi wydają na Rona wyrok. Ma HIV, ma AIDS i jest lato. Sam środek roku 1985. Został mu miesiąc życia.

I właśnie wtedy, kowboj, symbol niezwyciężonej Ameryki, postanawia się zbuntować. Nie ma na świecie rzeczy, która zabiłaby Rona Woodroofa w trzydzieści dni – krzyczy w oczy katu – swojemu lekarzowi – po czym wychodzi. Szpital opuszcza już inna osoba.

[ SPOILER (ale subtelny ;-)]

Za Dallas Buyers Club zarówno Matthew McConaughey, odtwórca głównej roli, jak i Jared Leto, aktor drugoplanowy otrzymali w 2013 roku Oscary. Uwierzcie mi – zasłużenie. I o ile McConaughey stworzył postać wiarygodną, pociągającą, bohaterską, której kibicuje się w metamorfozie od durnego prowincjusza do światowego biznesmena, od homofoba do osoby akceptującej odmienność, od marnotrawiącego życie do walczącego o najmniejszy jego strzęp, o tyle to, co w trakcie dwóch godzin pokazał Leto jest wybitne. Wokalista 30 Seconds to Mars wcielił się bowiem w rolę queera. Samo w sobie nie jest to łatwe, nawet uwzględniając pewne przerysowanie postaci, ale intensywność, z jaką to wcielenie nastąpiło jest imponująca. Poświęcenie dla tej konkretnej roli godne jest podziwu.

[ KONIEC SPOILERA ]

To nie jest film łatwy. Nie jest to kolejne ratowanie świata. Zapewniam jednak, że warto spędzić sto dwadzieścia minut obserwując Rona Woodroofa walczącego ze śmiercią. Być może pozwoli to wam uświadomić sobie, że i wy jesteście śmiertelni. I zrozumieć, jak wiele energii ta świadomość może w człowieku wyzwolić.

Ambicja

– Jak można uczyć się o liniach nullisomicznych, robić PCRy, a jednocześnie oglądać M jak Miłość. No kurwa mać! – trzasnąłem drzwiami auta i poczułem się winny. Odkąd dwadzieścia lat temu ciotka zjebała mnie jak kundla za „trzaśnięcie” drzwiami nowego Escorta mam nieustanne poczucie winy przy zamykaniu samochodowych drzwi.

Rozmowa poszła w kierunku ambicji. Dobrze pojętej ambicji. Nigdy nie rozumiałem kujonów, dla których szóstki, a potem piątki były wyznacznikiem sukcesu i kokainą ich dziwnych istnień. Nigdy też nie pojąłem jak można ze wszystkich przedmiotów na studiach zadowolonym być z trój. Przede wszystkim dziwne wydawało mi się, do tej pory wydaje, że mamy ponoć jednych z najlepszych programistów na globie, a przez ostatnie kilkanaście lat ich sukcesów nie znalazł się żaden Zuckerberg, Gates, Hewlett, ani Packard. Dopiero po studiach uświadomiłem sobie, że ambicja ambitnych ograniczała się do zdobycia stypendium. Na moim roku tylko jedna osoba założyła firmę, w dodatku tuż po studiach, a nie w trakcie. Mimo tego nawet ów kolega świadczył usługi, a nie budował produkt. Słowem – biznes słabo skalowalny, bez wizji globalnej.

Nie znaczy to oczywiście, że nie ma nic poza biznesem. Nikt tam jednak nie chciał naprawdę zostać ani naukowcem, ani zrobić pieniędzy, ani zmieniać świata. Właściwie postawa zawierała się w słowie przetrwanie. Stypendia również do tego się sprowadzały.

Jacek Kuroń napisał kiedyś w swoich notatkach więziennych (które przygotowywał w celi w trakcie procesu po wydarzeniach marcowych) ciekawą linijkę:

Wszystko, co robiłem, uważałem za swój obowiązek, rachunek, który muszę spłacać za wykształcenie, które otrzymałem.

Francuzi mają swoje noblesse oblige, czyli odpowiedzialność moralną wiążącą się ze szlachectwem i przywilejami. W tych strategiach przetrwania, w tych biednych biolożkach nierozumiejących swojej roli w społeczeństwie widziałem brak moralności. Brak poczucia, że ponieważ urodziliśmy się nieco mądrzejsi od innych, że mieliśmy szansę od losu by się wykształcić, by znaleźć w – jakby to patetycznie nie brzmiało – elitarnym gronie, to powinniśmy się starać, piąć do góry. Nie dla pieniędzy tylko, nie dla kariery, władzy, ale dla całego społeczeństwa. Być magistrem powinno w nas budzić refleksję, że nie wolno nam marnować czasu, że nie powinniśmy osuwać się w bezmyślność, ale nawet jeśli wymaga to od nas wysiłku starać się dążyć do ideałów, do zrozumienia nauk, do życia wyższego, piękniejszego, mocniejszego.

Być może jednak myliłem się.

Pieniądze

Jestem pracownikiem korporacji. Dużej. Jednej z największych. Znacie jej logo. Nie muszę wymieniać nazwy. Jestem tego pewien.

Jako specjalista z doświadczeniem i nie najgorszymi umiejętnościami zarabiam minimalne sensowne pieniądze. Większość Polaków oburzyłaby się i powiedziała, że duże. Większość Polaków nie ma pojęcia o finansach. Najlepszym przykładem była niedawna sonda uliczna, w której pewna dziewczyna na pytanie, ile netto miesięcznie powinna dostać za pracę, by żyć godnie, odpowiedziała: dwa tysiące, no albo tyle co średnia krajowa, ale przecież nikt tyle nie zarabia. Większe pojęcie o pieniądzach miała pierwsza lepsza kuchta w dowolnej powieści Balzaca.

Być może bierze się to z inteligencji dzisiejszych bogaczy. Sto kilkanaście lat temu budowało się w centrum miasta pałac, zdobiło neobarokowymi sztukateriami fasadę, sufity rzygały złoceniami aż bruk lśnił, a robotnikom pękały z zazdrości oczy. Dzisiejsze wille schowane są w podmiejskich lasach za wysokimi ogrodzeniami. Ewentualnie mają podwórza tak rozległe, że przypominają parki. Już kilka lat temu pewien złodziej z Warszawy opowiadał mi o rezydencjach, w których nie sposób przebiec od budynku do bramy w sensownym czasie. Prawdziwe zamki natomiast mają własne lądowiska dla helikopterów i odrzutowców. Nie znajdziemy ich zdjęć na Instagramie. Czasami w jakimś dokumencie odważny dziennikarz zaryzykuje ujęcie z awionetki.

Prawdę jednak powiedziawszy jestem przekonany, że każdy z was zna kogoś, kto ma dom lub dwa i kupił córce lub synowi mieszkanie za gotówkę. Na pewno kojarzycie kogoś z majątkiem netto rzędu miliona polskich złotych. Żeby dorobić się miliona trzeba przez dwadzieścia pięć lat odkładać miesięcznie trzy i pół tysiąca PLN. To wbrew pozorom wcale nie jest dużo. Przy pięciuset-siedmiuset tysiącach w aktywach obrotowych nie sposób się nawet utrzymać przy życiu z odsetek (chyba, żeby zakładać maksymalną legalną roczną stopę oprocentowania, czyli czterokrotność stopy lombardowej, co obecnie daje 10%, a w praktyce jest nieosiągalne).

Nieco zapomnianą dychotomią, jaką w malutkiej książeczce napisanej sto sześćdziesiąt osiem lat temu stosowała dwójka Niemców, jest podział ludzi na tych, którzy utrzymują się ze sprzedaży swojej pracy oraz tych, którzy żyją z zysków, które generuje posiadany kapitał. Większość osób pojęcie proletariusza kojarzy z biednym, niewykwalifikowanym robotnikiem z XIX wiecznej fabryki. Tymczasem w oryginale proletariuszem był właśnie ktoś, kto handluje własną pracą, każdy swój oddech sprzedaje za odroczenie śmierci głodowej. Tak. To prawie każdy z nas.

Pamiętam, jak kiedyś pracowałem jako pakowacz w pewnej firmie oświetleniowej i jeden z pakowaczy powiedział znienacka: ‘Nigdy nie będę wolny!’

Jakiś czas temu zrobiło się głośno o wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim. Medialny shitstorm wywołało jego oświadczenie majątkowe, z którego wynika mniej więcej tyle, że w samej tylko gotówce wicepremier ma 3,2 mln zł (…) Do tego dochodzą akcje warte ponad 3,8 mln złotych, są to przede wszystkim papiery BZ WBK, w którym Morawiecki pracował ponad dziesięć lat. W skład majątku wicepremiera i ministra rozwoju wchodzi też 150-metrowy dom na półhektarowej działce i drugi, 100-metrowy, na działce o powierzchni 2,8 tys. metrów kwadratowych. Jedyna nieruchomość, której wartość ujawnił, to 2-hektarowa działka rolna wyceniona na stosunkowo niewielką kwotę 110 tys. zł. I tak dalej i te pe. Więcej tutaj: http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/oswiadczenie-majatkowe-mateusza,175,0,1995183.html

Przycinając na krótko długą historię – Pan Mateusz pracował przez dekadę jako prezes BZ WBK i zarobił na tym ponad trzydzieści milionów PLN. W komentarzach czytamy, że jest obrzydliwie bogaty. Kolejny dowód na brak świadomości Polaków. Pan Morawiecki jest po prostu wolny. Uwolnił siebie i swoją najbliższą rodzinę.

Za uwolnienie jednego sługi można odsunąć od siebie ciężar zarządzania kapitałem i mieć czas na sprawy ważniejsze. Zdarza się to jednak tylko najzdolniejszym z poddanych.

Nigdy nie płacą niewolnikom wystarczająco dużo, żeby mogli się wyzwolić, tylko w sam raz, żeby mogli przeżyć i wrócić do pracy.

Prawdziwie bogaci są bardzo bogaci. Trzy najbogatsze osoby na świecie mają po 70 000 000 000 USD majątku. Oznacza to, że gdyby założyć cenę hektara na poziomie 35 000 PLN Warren Buffet mógłby kupić nieco ponad 25% powierzchni Polski.

2014-06-19-bigstockTheLoveOfMoney302143011.jpg

Tak. Też w to, kurwa, nie dowierzam, ale 70 000 000 000 USD to ok. 280 000 000 000 PLN. Daje to 8 000 000 ha, czyli 80 000 kilometrów kwadratowych, a Polska liczy ich 312 679.

I nie musimy wcale szukać daleko, bo choćby bliski memu miastu Antoni Ptak posiada majątek szacowany na dwa miliardy złotych.

Z tych wszystkich przyczyn drażnią mnie stwierdzenia o naszej – specjalistów IT – zamożności. Mój Boże, jesteśmy zaledwie nieco lepiej opłacanymi wyrobnikami, wciąż o statusie niewolników, którzy nigdy, przy choćby największych oszczędnościach, nie dadzą rady się oswobodzić. Na dodatek nasz dobrobyt nie dość, że iluzoryczny, jest także kruchy. W ostatnich latach następuje migracja pewnych stanowisk pracy do Europy Środkowo-Wschodniej. Działa to na naszą korzyść, ale jest to naturalne grawitowanie kapitału w kierunku większego ROI. Kiedy tylko pojawi się głębsza niecka, natychmiast nasze życiodajne źródła popłyną w nowym kierunku. I jak szybko wtedy znikną te kilku, kilkusettysięczne oszczędności? Jak szybko banki zaczną wyrzucać wierzycieli w październikowy mrok, w listopadowy chłód? Wszyscy powyżej pewnego wieku w tym bawełnianym mieście widzieli już zapaść. Dzisiejsze fabryki przenieść jeszcze łatwiej.

Wiec czemu tak mało z nas ma w głowie pesymizm?

Cytaty pochodzą z listu, który w 1986 roku Charles Bukowski wysłał do swojego wydawcy. Pełna treść listu dostępna jest tu: http://booklips.pl/czytelnia/listy/charles-bukowski-o-wyzysku-i-pracy-na-etacie/

Kobieta jest tylko obietnicą szczęścia

Oczywiście, że kradnę. Kradnę i przeinaczam. Kto ma wiedzieć, ten wie. Od piękna do kobiety jednak niedaleko. Chłopcy, którzy nigdy nie poczuli, że oczy przed nimi są największym pięknem świata, niech wyjdą, uciekną i dodadzą ten adres do swoich firewalli. Dziewczęta, które nigdy nie poczuły na sobie spojrzenia mówiącego – nic ponad, nic poza, mój Boże – niech nadal szukają, niech nie ustają w poszukiwaniach nigdy. Każda z was powinna się kiedyś poczuć za idealna na odwagę.

Pewna myśl nie daje mi ostatnio spokoju tak bardzo, że postanowiłem ją zabić tym tekstem. Przez wiele lat byłem przekonany, że urok rośnie w miarę piękna, które jest obiektywne. Zbyt stary już jestem na taką naiwność, więc wiem już, że pożądanie może budzić struktura twarzy podobna do kogoś z dzieciństwa, dobrze dobrana spódniczka odsłaniająca co trzeba, a co trzeba kryjąca, a nawet smutek taki, że aż Bogu smutno – bo tworzy pewną przedziwną czułość.

Ostatnio jednak dotarło do mnie, że jest coś, co działa najmocniej, najsilniej, wręcz piorunująco. Immanentna radość. Znacie je – te kilka kobiet, które nie uśmiechają się tylko, gdy są martwe, bo nawet w śnie wyglądają na szczęśliwie; którym oczy lśnią jak w mandze; które chód mają lekki jakby unosiły je baloniki z helem.

Uciekajcie od nich. Spierdalajcie jak najdalej. Najszybciej jak tylko pozwalają wam nogi i płuca. Nie wierzcie, że to posiadaczki tajemnicy szczęścia, której was nauczą. Nie przypuszczajcie nawet, że przy nich dowiecie się jak być jak one, radosnym, zadowolonym, kwitnącym. Pamiętajcie, że piękne są nie tylko nokturny, sonety, parki, katedry i góry, ale też requiem, treny, puszcze, atomowe grzyby i wulkany.

Sylwester

Reminiscencje. Uwielbiam reminiscencje.

Dziesiąte piętro PRLowskiego punktowca. Przedmieścia północy, za kilka oddechów szampejn papyn. Idziemy na pobliskie wzniesienie. Zakładam moje miodowe rękawiczki z delikatnej skóry i dopinam granatowy, włoski płaszcz. Ciężkie jak komunizm drzwi omal zabytkowej windy zamykają się ze smutkiem. Otworzą się dopiero w nowym roku. W moją dłoń wsuwa się puszka. Łączę kropki, mówię Hemingwayem – wewnętrzna kieszeń płaszcza zawsze w niej browary noszę, jak początek miesiąca to Grolsche, koniec miesiąca to Łomże…

Wita gleba. Otwieramy. Wychodzimy.

Gdańsk

Po wielu latach – Gdańsk. Pierwszy raz zimą, w siedmio-, dziesięciostopniowym mrozie widziany. Pierwszy raz świadomymi, dojrzałymi oczami oglądany. Zwiedzany naprędce, w przelocie między hotelem, mieszkaniem znajomych, a starym miastem. Dostrzegany w migawkach przebudzeń, poranków w południe, kiedy słońce kładło się już pożegnalnym kątem na ceglanych ścianach ocalałych z wojny budynków i przeszkleniach nowoczesnej zabudowy, na tysiącach aut tego dość mocno zmotoryzowanego trójzębu miast, w minutach przetrzeźwień, w pijanych wieczorach, w nocnych dyskusjach o ludziach i ludzkości, paradoksie Fermiego i dewastacji pięknych młódek przez ideologię, w zachwytach uśmiechami kelnerek, w dopplerowskich rozpoznaniach uroku wiedeńskich emigrantek wokół ognisk w mroku, przypadkowych natknięciach na Włochów, pijanych wynurzeniach metali, że ruska języka eto brudna języka, ukraińska języka, małoruska języka eto czysta języka i że my! słowianieee kurwaaa!; w pagórkach leśnych i wąwozach blokowisk, w zmarzniętych spacerach i ciepłych, wysmakowanych wnętrzach restauracji, w jasnoniebieskiej przestrzeni zimowego Bałtyku, w latarniach, basztach, przedprożach i drzwiach.

drzwi

Kiedy nowy, czysty pociąg z ledowymi tablicami na wagonach i czystym, przyjemnym powietrzem wewnątrz sunie przez dworce, od których widoku już nie pękają oczy, kiedy dostarcza mnie na schludny Wrzeszcz w grafitowym kolorze, na którym nie śmierdzi i nie cuchnie, nie jest brudno i obleśnie – myślę: postęp. Pamiętam bowiem jeszcze jak wyglądało to dziesięć-piętnaście lat temu. Niedowierzam.

Hotel ma rok. Na Google Street View z 2014 istnieje jeszcze w budowie. To widać. Wnętrza są bezbłędne. Wprost z korytarza, w kapciach, można zjechać windą – przez której szklane ściany widać perspektywę ulicy – do knajpki, w której odcień stolików komponuje się z kolorem podłóg, nomen omen dokładnie identycznych jak w samym hotelu. Wszędzie jest omal sterylnie. Bistro serwuje smaczne dania w niewygórowanych cenach. Nomen omen nosi nazwę Słowacki. Wielce literacki jest dzisiejszy Gdańsk, bo świetnego dorsza zjeść można w restauracji Mon Balzac, a piwa napić się w knajpie Józef K.

W całym mieście widać niezliczone szkielety nowopowstających budynków. Ani razu nie widziałem starego tramwaju. Siatka ulic jest za to nieregularna. Nie jest to intuicyjna Łódź, czy Wrocław, w których kierunki orientuje się bez kompasu. Wynika to zapewne z dwóch istotnych przyczyn geograficznych – wody i wzniesień. Pierwszej jest sporo, drugich nie mniej.

Ulica Długa jest bez wątpienia piękna, choć część budynków domaga się odświeżenia. Większość zabudowy starego miasta jest zbyt stara, by spełnić moją perwersję w kierunku neobaroku i eklektyzmu, choć trzeba przyznać, że jest pewien urok w tych wąskich, średniowiecznych uliczkach. Długie Pobrzeże również ma swój urok, choć tam dopiero dociera do mnie świadomość wojny. Wschodni brzeg Motławy wypełniony jest bowiem zgliszczami. Co gorsza Krantor okazuje się być… repliką. Gorzej jeszcze – niedbałą. Zwątpienie budzą krzywo położone deski. Staram się je zracjonalizować wiekiem budynku, ale w tyle głowy tli niedowierzanie, że tak krzywo zbudowana konstrukcja drewniana przetrwałaby pięćset lat, a w dodatku wojnę. Podejrzenia co do drewnianej części sprawdzają się szybko, gdy czytam tablicę informacyjną na obiekcie, ale dopiero późniejsze dociekania odsłaniają mi prawdę smutniejszą. Praktycznie wszystko, co widziałem jest rekonstrukcją, bo z prawdziwego, starego Gdańska nie zostało omal nic.

http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=1486666

Mimo tego, nieświadom, odnajduję pewne ciekawe elementy i rys regionalny. Skupienie na przedprożach raczej i drzwiach, niż elewacjach, jest najistotniejszym sznytem Danzigu, poza oczywistościami takimi jak mury pruskie, charakterystyczne trójkątne zwieńczenia kamienic, czy wszechobecne bramy.

Wracam nasycony, rozbudzony. Na chwilę. Moment.

I tylko chwilami przebłyski, jak to wspomnienie napisu Gdańsk, na jednej ze ścian, na którym literę G zakryła roślinność, jakby upierając się przy wersji Danzig.

XIX

Trzeba za czymś tęsknić. Za przegraną fortuną, straconą miłością lub smakami dzieciństwa. Za banałami albo niezwykłością – kimś fascynującym i niecodziennym, kto musnął nas w swojej wyjątkowości i na lata napiętnował tęsknotą; za smakiem ust jakiejś cichodajki. Za czym konkretnie – to bez znaczenia. Dobrze jest jednak, pożywnie, od czasu do czasu oddać się nostalgii. Refleksja, szlachetny smutek, myśl wsobna, a nie w świat wycelowana, na dłuższą metę jest szkodliwa, ale od święta – przydatna, może i konieczna.

Moją tęsknotą jest wiek XIX. Moja ziemia obiecana, wyśniona tysiącem kartek powieściowych pejzaży. Szczyt rozwoju Europejskiej kultury, sztuki i nauki. Czas panowania przez kilka wybitnych narodów nad całym światem. Epoka geniuszy – fizyków, literatów, matematyków, chemików. Wynaleziono rower, prądnicę, szybowiec, żarówkę, samochód i radio. Balzac napisał Ojca Goriot, Hugo Katedrę najświętszej Marii panny w Paryżu, Wilde Portret Doriana Graya, Tołstoj Annę Kareninę, Dostojewski Zbrodnię i karę, a Dickens Klub Pickwicka. Moje miasto z 800 mieszkańców rozrosło się do 300 tysięcy i w kilka dekad z drewnianej osady eksplodowało w ponad siedem kilometrów kwadratowych wielkomiejskiej zabudowy.

Lektura Bohatera naszych czasów, jak każda lektura powieści z tamtych lat umocniła mnie w dekadenckim przekonaniu, że wielkość jest za nami. Prostota wypacza się w prostactwo, kultura osuwa się w jarmark i rynsztok, najwyżej zaś w drwinę pretendującą do sztuki, a wszelka ambicja zostaje z chamską bezczelnością wyśmiana. Może z wyjątkiem ambicji dorobienia się majątku lub sławy. Przez państwową edukację jesteśmy wszyscy skażeni prostactwem, a w tym oparze bezideowości, szyderczej ironii przeciw ideałom moralnym Pieczorin jest może nawet bardziej bohaterem n a s z y c h czasów, niż tych, co go uformowały.

Tyle, że przecież to bzdura. Nie zmienia się nic, a co najwyżej utensylia. Może budynki mamy brzydsze, ale za to auta ładniejsze od koni; natomiast ludzie? – ludzie identyczni, że aż dziwne. Pozostaje powinszować Rosjaninowi smaku i talentu – bo rzecz jest wspaniała, a i wpływ wywiera – sobie pogratulować zaś tej ewidentnej nad Michaiłem przewagi, że jest się żywym, nadal żywym, co może z zasług nie wynika, ale też nikt się raczej kłócił nie będzie, że jest jednak, tymczasowo przynajmniej, oznaką triumfu.