Sylwester

Reminiscencje. Uwielbiam reminiscencje.

Dziesiąte piętro PRLowskiego punktowca. Przedmieścia północy, za kilka oddechów szampejn papyn. Idziemy na pobliskie wzniesienie. Zakładam moje miodowe rękawiczki z delikatnej skóry i dopinam granatowy, włoski płaszcz. Ciężkie jak komunizm drzwi omal zabytkowej windy zamykają się ze smutkiem. Otworzą się dopiero w nowym roku. W moją dłoń wsuwa się puszka. Łączę kropki, mówię Hemingwayem – wewnętrzna kieszeń płaszcza zawsze w niej browary noszę, jak początek miesiąca to Grolsche, koniec miesiąca to Łomże…

Wita gleba. Otwieramy. Wychodzimy.

Pobyt w trumnie uświadomił mi…

Pobyt w trumnie uświadomił mi… – rozpoczyna telewizyjną setkę Koreańczyk, klient ośrodka rozwijającego duchowo przez popłuczyny memento mori. Wkładają tam ochotników do trumien, gdzie rzekomo przechodzą spirytualną metamorfozę uświadamiając sobie własną śmiertelność. Stary trick, nawet w takich hollywoodzkich produkcjach jak Fight club przerżnięty – by użyć wyrafinowanego porównania – niczym kurwa z Roksy.

Ja tymczasem śmierć umiem. I cóż mi po tej wiedzy! Piję caberneta, czytam Lermontowa, a w międzyczasie do kawy słucham bluesa. Czy też po kawie czytam, a do bluesa sączę sauvignona. Jakoś tak…

Rok umiera. Karpie już umarły. Powinienem przemyśleć piętnasty, a prokrastynuję. To takie modne. Jak czarne płaszcze, czarne rury no i czarne roshe. Sześciu zer w tym roku nie zrobiłem. Nie ma nawet co trawić mózgiem takiego postanowienia noworocznego. Trawienie winno się skupić na alkoholu.

Lermontow umiał opisywać kobiety. Na Bohatera naszych czasów polowałem jak na milion: latami tkwił mi z tyłu głowy. Jest w tej powieści rosyjskie wysmakowanie, przestrzeń stepu i wsi, przebiegłość prostaków i wyniosłość arystokracji, emocjonalne rozedrganie fiodorowych charakterów, coś z Gogola i coś z Pasternaka. Jest wszystko. W każdym razie wiele. Oby tak wiele miała kiedyś polska literatura.

Grudzień jest ciepły jak kwiecień, takie też budzi asocjacje. Entuzjazm, wola, przesilenie. Nie wiem, co o tym myśleć.

Strumień

W tramwaju gwar pijanych rozmów. Dwójka kobiet i dwójka mężczyzn w średnim wieku. Wszyscy pijani. Częstują się cukierkami, zaśmiewają, nucą szlagiery sprzed dekad („ale to już było” – mówi pani, „i nie wróci więcej” – odpowiada pan). Spuchnięte twarze, szumne deklaracje powrotu do pracy, powrotu do domu („mam jutro na szóstą do roboty”). Pijacki romantyzm przeplatany z prostactwem („pan taki miły, no zakochałam się, kurwa”). Szumna bezczelność mieszająca się z wycofaniem („najmocniej panią przepraszam za zachowanie” – mówi rumiany pijaczek do dostojnej trzydziestolatki, gdy jego rubaszne kloszardki opuściły już pojazd).

Przypominają bezdomnych z opowieści Hugo-Badera, z którymi spędzał dzień. Wszystko z wolna przypomina wszystko. Internet neuronów zdaje się łączyć ze sobą każdy kwant informacji. Bukowskiego z Wojaczkiem, dzisiejszą jesień z tą sprzed piętnastu lat, niewyraźne twarze zza szyb, mżawek i mgieł z osobami, osobowościami i ukochanymi. Ile razy już odkrywałem je w przypadkowych oczach, nosach, aktach strzelistych włosów, przegięciach figlarnych kosmyków na konwekcjach przestrzeni. I wszystko, absolutnie wszystko można skojarzeniami ze sobą połączyć, nawet ich z nią. Chyba tylko nie mnie.

Włączam Roguckiego, silną asocjację, talizmanem magdalenki zagryzam i nic. Zbyt odległa mara, najwidoczniej zza mórz nie sposób przywoływać. Zresztą jest w tym masochizm, bo i jaki racjonalizm za tym stoi? Nie dość, że śniło mi się spadanie z dwunastego piętra rozsypującego się wieżowca, a przecież nadchodzi grudzień? Dość chyba. Znaków pustych. Tu.