Wiedeń

Do Austrii wjeżdżam z Hessem. Hermanem nie Rudolfem jednak – w okładce, nie w mundurze. Gra szklanych paciorków jest chłodna jak germański charakter i jak on wysublimowana. Entuzjazm, wylewność, to zdaje się nieodłączne atrybuty intelektualnej ułomności. Ewentualnie kolejna z moich racjonalizacji. Nie będę dowodził. Ot, twierdzę.

Sam Wiedeń jest – Boże, który nie istniejesz – piękny.

Jest to piękno budzące fizyczne uczucie rozkoszy, cesarska skala rozmachu, antyczny wymiar harmonii. Jest tam wszystko – gotyckie i neogotyckie katedry, barokowe i romańskie kościoły, monumentalne pałace cesarskie, rokokowe wnętrza, ciągnące się kilometrami neobarokowe fasady dostojnych kamienic, ogrody, fontanny, place, skrzydlate rydwany na dachach, miedziane kopuły majaczące na horyzoncie, parki, aleje, opery, teatry i muzea, kariatydy i atlanci.

Można zwichnąć palce i przetrącić język w opisach miasta, spróbować wyrazić jego charakter, muśnięty przez autora kilkoma spacerami w czerwcowym słońcu i stołecznym zmierzchu, napomknąć o żywotności wieczornych kafejek na Mariahilfer Strasse lub o popołudniowym spokoju Schottenring, opisać smak likieru morelowego w kawie z Cafe Central, wyrazić zachwyt kolumnadą Hofburgu, loggiami ratusza oraz opery. Ciężko jednak wyrazić doznanie.

Jedźcie tam. Póki tej perły nie dosięgły bomby. Póki żyjecie.

WP_20160628_15_29_01_Pro

Advertisements

Gdańsk

Po wielu latach – Gdańsk. Pierwszy raz zimą, w siedmio-, dziesięciostopniowym mrozie widziany. Pierwszy raz świadomymi, dojrzałymi oczami oglądany. Zwiedzany naprędce, w przelocie między hotelem, mieszkaniem znajomych, a starym miastem. Dostrzegany w migawkach przebudzeń, poranków w południe, kiedy słońce kładło się już pożegnalnym kątem na ceglanych ścianach ocalałych z wojny budynków i przeszkleniach nowoczesnej zabudowy, na tysiącach aut tego dość mocno zmotoryzowanego trójzębu miast, w minutach przetrzeźwień, w pijanych wieczorach, w nocnych dyskusjach o ludziach i ludzkości, paradoksie Fermiego i dewastacji pięknych młódek przez ideologię, w zachwytach uśmiechami kelnerek, w dopplerowskich rozpoznaniach uroku wiedeńskich emigrantek wokół ognisk w mroku, przypadkowych natknięciach na Włochów, pijanych wynurzeniach metali, że ruska języka eto brudna języka, ukraińska języka, małoruska języka eto czysta języka i że my! słowianieee kurwaaa!; w pagórkach leśnych i wąwozach blokowisk, w zmarzniętych spacerach i ciepłych, wysmakowanych wnętrzach restauracji, w jasnoniebieskiej przestrzeni zimowego Bałtyku, w latarniach, basztach, przedprożach i drzwiach.

drzwi

Kiedy nowy, czysty pociąg z ledowymi tablicami na wagonach i czystym, przyjemnym powietrzem wewnątrz sunie przez dworce, od których widoku już nie pękają oczy, kiedy dostarcza mnie na schludny Wrzeszcz w grafitowym kolorze, na którym nie śmierdzi i nie cuchnie, nie jest brudno i obleśnie – myślę: postęp. Pamiętam bowiem jeszcze jak wyglądało to dziesięć-piętnaście lat temu. Niedowierzam.

Hotel ma rok. Na Google Street View z 2014 istnieje jeszcze w budowie. To widać. Wnętrza są bezbłędne. Wprost z korytarza, w kapciach, można zjechać windą – przez której szklane ściany widać perspektywę ulicy – do knajpki, w której odcień stolików komponuje się z kolorem podłóg, nomen omen dokładnie identycznych jak w samym hotelu. Wszędzie jest omal sterylnie. Bistro serwuje smaczne dania w niewygórowanych cenach. Nomen omen nosi nazwę Słowacki. Wielce literacki jest dzisiejszy Gdańsk, bo świetnego dorsza zjeść można w restauracji Mon Balzac, a piwa napić się w knajpie Józef K.

W całym mieście widać niezliczone szkielety nowopowstających budynków. Ani razu nie widziałem starego tramwaju. Siatka ulic jest za to nieregularna. Nie jest to intuicyjna Łódź, czy Wrocław, w których kierunki orientuje się bez kompasu. Wynika to zapewne z dwóch istotnych przyczyn geograficznych – wody i wzniesień. Pierwszej jest sporo, drugich nie mniej.

Ulica Długa jest bez wątpienia piękna, choć część budynków domaga się odświeżenia. Większość zabudowy starego miasta jest zbyt stara, by spełnić moją perwersję w kierunku neobaroku i eklektyzmu, choć trzeba przyznać, że jest pewien urok w tych wąskich, średniowiecznych uliczkach. Długie Pobrzeże również ma swój urok, choć tam dopiero dociera do mnie świadomość wojny. Wschodni brzeg Motławy wypełniony jest bowiem zgliszczami. Co gorsza Krantor okazuje się być… repliką. Gorzej jeszcze – niedbałą. Zwątpienie budzą krzywo położone deski. Staram się je zracjonalizować wiekiem budynku, ale w tyle głowy tli niedowierzanie, że tak krzywo zbudowana konstrukcja drewniana przetrwałaby pięćset lat, a w dodatku wojnę. Podejrzenia co do drewnianej części sprawdzają się szybko, gdy czytam tablicę informacyjną na obiekcie, ale dopiero późniejsze dociekania odsłaniają mi prawdę smutniejszą. Praktycznie wszystko, co widziałem jest rekonstrukcją, bo z prawdziwego, starego Gdańska nie zostało omal nic.

http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?t=1486666

Mimo tego, nieświadom, odnajduję pewne ciekawe elementy i rys regionalny. Skupienie na przedprożach raczej i drzwiach, niż elewacjach, jest najistotniejszym sznytem Danzigu, poza oczywistościami takimi jak mury pruskie, charakterystyczne trójkątne zwieńczenia kamienic, czy wszechobecne bramy.

Wracam nasycony, rozbudzony. Na chwilę. Moment.

I tylko chwilami przebłyski, jak to wspomnienie napisu Gdańsk, na jednej ze ścian, na którym literę G zakryła roślinność, jakby upierając się przy wersji Danzig.