Kobieta jest tylko obietnicą szczęścia

Oczywiście, że kradnę. Kradnę i przeinaczam. Kto ma wiedzieć, ten wie. Od piękna do kobiety jednak niedaleko. Chłopcy, którzy nigdy nie poczuli, że oczy przed nimi są największym pięknem świata, niech wyjdą, uciekną i dodadzą ten adres do swoich firewalli. Dziewczęta, które nigdy nie poczuły na sobie spojrzenia mówiącego – nic ponad, nic poza, mój Boże – niech nadal szukają, niech nie ustają w poszukiwaniach nigdy. Każda z was powinna się kiedyś poczuć za idealna na odwagę.

Pewna myśl nie daje mi ostatnio spokoju tak bardzo, że postanowiłem ją zabić tym tekstem. Przez wiele lat byłem przekonany, że urok rośnie w miarę piękna, które jest obiektywne. Zbyt stary już jestem na taką naiwność, więc wiem już, że pożądanie może budzić struktura twarzy podobna do kogoś z dzieciństwa, dobrze dobrana spódniczka odsłaniająca co trzeba, a co trzeba kryjąca, a nawet smutek taki, że aż Bogu smutno – bo tworzy pewną przedziwną czułość.

Ostatnio jednak dotarło do mnie, że jest coś, co działa najmocniej, najsilniej, wręcz piorunująco. Immanentna radość. Znacie je – te kilka kobiet, które nie uśmiechają się tylko, gdy są martwe, bo nawet w śnie wyglądają na szczęśliwie; którym oczy lśnią jak w mandze; które chód mają lekki jakby unosiły je baloniki z helem.

Uciekajcie od nich. Spierdalajcie jak najdalej. Najszybciej jak tylko pozwalają wam nogi i płuca. Nie wierzcie, że to posiadaczki tajemnicy szczęścia, której was nauczą. Nie przypuszczajcie nawet, że przy nich dowiecie się jak być jak one, radosnym, zadowolonym, kwitnącym. Pamiętajcie, że piękne są nie tylko nokturny, sonety, parki, katedry i góry, ale też requiem, treny, puszcze, atomowe grzyby i wulkany.

Advertisements

Gdzie sprzątaczek sześć, tam błękitna pleśń

Zaś kiedy wszyscy zdolni architekci Łodzi umarli, wyjechali do innych miast albo zostali wydaleni z zawodu, kiedy dawne piękno gniło w powojennych realiach, bo wojna przez argument śmierci, argument siły, wygrała z intelektem i rajdy Niemców wyrżnęły katedry oraz spaliły biblioteki, otóż wtedy garstka miernot wymościła Aleję Politechniki gównianym modernizmem, srając kiczowatymi bryłami pomiędzy wąwozem ulicy nie do spaceru, ale ku jakże komunistycznej maszynie (w mieście mas) zrodzonej.

Przejeżdżam nią codziennie. Co dnia oglądam skażone świtem chłodnie kominowe EC-2, akademiki składujące setki cuchnących beznadzieją studentów, którzy za rok, dwa, pięć zamienią się w korporacyjnych zapierdalaczy. Przy Felsztyńskiego wysiada sześć sprzątaczek, które pojawiły się w tramwaju kilka przystanków wcześniej. Wszystkie biedne nawet jak na polskie warunki. Co do jednej – kobiety. Każda z wiadrem i parą szczotek (mopem i miotłą). Doszło już do tego, że nawet na tym sprzęcie trzeba nam oszczędzać. Na SUVy dyrektorów szmacianych spółek nie wystarczą już cięcia w budżecie wynagrodzeń. Coś jest na rzeczy i te sprzątaczki wędrujące komunikacją miejską razem z utensyliami za pracą stanowią signum temporis. Coraz większy smród w zbiorkomie, coraz piękniejsze samochody na ulicach. Zacząłem już ignorować kolejne Mercedesy AMG i Porsche Cayenne. Po okolicznych lasach wyrastają działki grodzone wysokimi płotami, a perspektywy bram zaczynają osuwać się w rozpacz lat ’90, kiedy Łódź przeżywała terapię szokową, z której nigdy do końca nie wytrzeźwiała. Pracownicy najemni rozmaitych profesji balansują na linie nad przepaścią biedy, a odległość między klifami rośnie z każdym (k)rokiem.

Jesień galwanizuje percepcję refleksją, co cenię. W dniach pierwszych, bo w drugich zamula jak kac. W istocie – kac po lecie i wiośnie. Wiosna byłaby w tej libacji pierwszym łykiem budzącym lekki, elektryzujący rausz. Lato wódką. Dużą.

Przede mną ruda dziewczyna leży bezwładnie na siedzeniu tramwaju. Jej głowa tłucze o szybę, aż po mój własny ból. Podnoszę się, biorę ją za ramię. Odwraca się – nie zemdlała i nie umiera. Ma tylko kaca, bezsenność, zwałę. W odruchu wstydu przepraszam ją za przebudzenie.

Smród dojrzałego potu miesza się w tych przestrzeniach z zalotnymi perfumami. Nadzieja studentów ze stuporem pracujących i beznadzieją bezrobotnych. Tak niesamowicie cicho nie dzieje się w życiu nic. Tak skrzeczy niema rzeczywistość, że trzeba ją sobie wymyślać od nowa. Ubierać w nastroje, marzenia i nowotwory. Zakochiwać się z nudów w przypadkowym mięsie. Wędrować wieczorami po samotnych cmentarzach i roić sny ziszczające się w porankach. Notować bełkotliwe eseje i wysyłać w świat, by ginęły te motyle jednego kilobajta na przecięciu języków, w skrzyżowaniach słów. I może tylko z zapomnianego i omal zełganego promienia słońca pewnych oczu można będzie wysłowić jak z ziarna, utuczyć godzinami autyzmu nad cyfrowymi kartkami historię…