Trzy

Pierwszą spotykam wychodząc z biurowca. Wszystkie korporacyjne wnętrza są takie same. Krzesła, biurka, monitory. Recepcje, badge, nadgodziny. Mimo ósmej rano ponure, sine twarze wpatrzone w ekrany. Zapach taniej kawy wije się między boksami open space’u. Za oknem jesień, polska jesień: szare krople szklą szkielety drzew, zblakła trawa umiera na marginesie krzywych chodników. Ma na imię D. i ładne nogi. Choć to ja pierwszy zaczepiam ją spojrzeniem, to z braku pewności pozwalam jej przejąć pałeczkę.

– Czy my się skądś nie znamy?

Znamy, rzecz jasna. Trzy zdania na krzyż, small talk w deszczu, uśmiechy. Gramy to jak Zimmerman mazurki. Dwa miesiące temu, jakiś wieczór, kilka godzin. Tak, to była ona. Emocjonalna, wyrazista, o dużym potencjale seksualnym wyrażającym się w sformułowaniach takich jak Uwielbiam penisa mojego faceta, jest zajebisty, najlepszy. Wymieniamy się banałami, odliczamy trzy minuty. Więcej niż pięć ta rozmowa nie potrwa. Wyczekujemy milczenia. Pod koniec rzucam kwotę. W Polsce o pieniądzach się nie rozmawia. Oczy puchną jej jak brzuch w ciąży. Po co to zrobiłem? Mogłem skłamać. Mogłem powiedzieć pięć tysięcy. Jestem złym człowiekiem.

Drugą spotykam w centrum handlowym. Wszystkie sklepy są takie same. Tysiące lamp i lśniące posadzki. Smugi perfum na piętrach z ciuchami. Zapach tłuszczu na piętrach z jedzeniem. Nisko położona piramida wieku. Tłumy nastolatków. Samotni staruszkowie. Te same marki. Wszędzie, w każdym mieście, a nawet i kraju te same loga i usługi. Złote łuki, łyżwa, krokodyl. Miasto, masa, maszyna. Uniformizacja, unifikacja, globalizacja. Mózg zaś jest fascynujący. Ostatni raz widziałem ją 10 lat temu. Znaliśmy się dwa tygodnie. Rozpoznanie twarzy zajmuje mi mniej niż sekundę. Tak pięknie się dziwi, gdy przeszłość wita się z nią wymieniając jej imię i nazwisko. Tak zabawnie się przeraża, kiedy uświadamia sobie, że mnie nie pamięta. Umyka szybko. Jakby można było umknąć przed przeszłością…

Trzecią spotykam w księgarni. Wszystkie empiki są takie same. Hipermarkety z książkami. Nie kupicie tam Lermontowa, ani Hemingwaya, ale Kasię Tusk i Kingę Rusin w promocji. Może nawet w zestawie. Do książki zaproponują wam czekoladę. Znajdziecie tam każdy poradnik. Zresztą na sekcji poradników mała, smutna sprzedawczyni każe mi szukać Raczkowskiego. Kiedy mówię jej, że tytuł to Książka, którą napisałem, żeby mieć na odwyk nie dowierza. Co innego wesoły rudzielec, który pomaga mi później, gdy moje poszukiwania kończą się fiaskiem. Ma szeroki uśmiech, figlarne spojrzenie brązowych oczu i czarne jeansy o wysokiej talii. Rzecz jasna krępujące jej zgrabny tyłeczek. Ach, jakie to niskie, że klepię w klawisze o tym, jak zwinie sunie przez półki, przez regały. Cóż jednak, jesień. Jakoś muszę zagłuszyć, że między tymi regałami ważniejsze sceny mnie kiedyś dopadły. Tylko wgapiając się w czarne jeansy rudej mogę zapomnieć o czarnych jeansach złotej.

Advertisements