Koniec

Wszyscy z wolna się kończymy. W rozkrzyżowaniach wyborów podejmowanych zawsze z pistoletem u skroni. W redukowaniu się ambicji i marzeń do strategii i taktyk. Moi biedni mistrzowie – skundleni. Moje biedne miłości – oszpecone. Biedny ja, osierocony.

Czas płynie szybciej, katalizowany banałem, w tygodniach miesięcy, rozpięty na grafikach, strwoniony na mailach, czas, w którym tak beznadziejnie czekamy, tak nieustannie czekamy, by doczekawszy tej krótkiej chwili, tej sekundy zachwytu, nie móc jej zatrzymać. Nie zdecydowałem jeszcze, czy większa jest perfidia tej nadziei, czy gorycz tej utraty. Czy bardziej bolały mnie lata czekania na ciebie, czy ta sekunda, kiedy wstałaś od stolika?

Sztuka jest narkotykiem i jak każdy narkotyk stanowi ekstrakt. Odcięcie łodygi, rafinacja, wszystko to definiuje film i powieść.

Ociekam nudą, rzygam monotonią. Biała dziura rutyny okrada z czasu, zabija potencjał wzruszeń na odległych światach. Darwinizm kapitalizmu woła o pomstę do wojny, bo tylko tak można przyspieszyć rozgrywkę i przypadkiem ją wygrać. Strzelając w łeb lub w łeb dostając. Ginąc albo przeżywając. Bez nieskończoności poniżeń, gnijących złudzeń i straty czasu. Nuda spokoju dąży do eksplozji jak nuda pradawnej nicości.