Kierowca numer trzysta dziewięćdziesiąt siedem

Druga w nocy, niedziela. Deszcz rzeźbi miasto, jak łza rzeźbi zmarszczkę. Ogromne krople rozsypują się na trawnik ogrodu jak zrywane sznury pereł. Taksówkarz z impetem, szerokim łukiem zawraca starym, dobrej klasy sedanem. Otwieram drzwi towarzyszącej mi M., pół Polce – pół Francuzce. Jesteśmy grzeczni, bardzo, bardzo grzeczni.

We wnętrzu da się słyszeć Piosenka pisana nocą. Zauważam to, a taksówkarz zauważa, że zauważam. Pytam M., jaką muzykę lubi. Kiedy wspomina o Rammsteinie kierowca eksploduje. Włącza się do rozmowy i przejmuje ją. Jest fanem rocka i metalu, do głębi duszy żyjącym w zachwycie. Puszcza nam kilka utworów, z blaskiem pasji w oku poleca kilka płyt. Jedziemy przez śródmieście otuleni Sound of silence w wykonaniu Disturbed. Krople deszczu wyskakują z miliardowych pięter powietrznych wieżowców i giną z pięknym krzykiem jak inwestorzy w dwudziestym dziewiątym. Grafit kładzie się na czerni, a złote refleksy sodowych latarni lśnią w kałużach i karoseriach. Asfalt szumi melancholię. Auto sunie, my w nim.

– Kiedyś byłem zamożnym człowiekiem, sprzęt miałem audiofilski. Potem życie potoczyło się inaczej .

Wyobrażam sobie, że piętnaście lat temu ten Mercedes był jego, był nowy i robił wrażenie. Gdy opowiada o odsłuchu w pięćdziesięciometrowym pokoju, gdy mówi, że ma półtora tysiąca płyt – jestem urzeczony. Bon vivant. Utracjusz, lecz piękny.

Uiszczam rachunek i jeszcze kilka minut rozmawiam, w dobry kwadrans przeciąga się rozmowa, jeszcze jeden utwór, jeszcze zdanie, dwa.

– Dziękuję, dobrej nocy, wspaniale było zobaczyć człowieka z taką pasją.

– Też dzięki, dobrej nocy życzę. Kierowca numer trzysta dziewięćdziesiąt siedem. Tylko nocą!

Odjechał. Z grzmieniem gitar. W noc.

Zazdroszczę mu.