Pan i pies

Jestem prostym człowiekiem. Wulgarnym, złym, jak z Carnegiego wyjętym bucem, co pragnie tylko by się z nim zgadzano, by mu przytakiwano i mówiono o tym, co dla niego istotne. Szczególnie przejawia się to w literaturze. Zachwyca mnie to, co mi bliskie. Opowieści o tematach mi obcych, nieważnych dla mnie, a choćby najcenniejszych dla ludzkości, najbardziej ważkich literacko nudzą mnie i odpychają.

Jeśli jednak miarę wielkości literata mierzyć można tym, że w człowieku kompletnie niezainteresowanym tematem wzbudzi zaciekawienie, wówczas Tomasz Mann jest tytanem swego fachu. Nigdy bowiem nie przepadałem za psami. Nie lubię ich wręcz. Jednak to, jak mistrzowsko relację między właścicielem, a zwierzęciem oddał w opowiadaniu Pan i pies Mann jest niezwykłe. Umysł eksploduje od precyzji opisu, od spostrzeżeń zachwycających trafnością, scen prostych, a realistycznych. Zmysł obserwatorski Manna budzi we mnie gigantyczny respekt. Tym mocniejszy, że historia przez wiele stron nie porywa fabułą. Destylacja z obfitości rzeczywistości ekstraktu tych kilku migawek, kilku bajtów najbardziej ważkiej informacji opisującej dany obiekt tak, że wargi same układają się w uśmiech – cóż, takiej literaturze winszuję, takich literatów podziwiam. I takim jest Tomasz Mann.

Advertisements