Ambicja

– Jak można uczyć się o liniach nullisomicznych, robić PCRy, a jednocześnie oglądać M jak Miłość. No kurwa mać! – trzasnąłem drzwiami auta i poczułem się winny. Odkąd dwadzieścia lat temu ciotka zjebała mnie jak kundla za „trzaśnięcie” drzwiami nowego Escorta mam nieustanne poczucie winy przy zamykaniu samochodowych drzwi.

Rozmowa poszła w kierunku ambicji. Dobrze pojętej ambicji. Nigdy nie rozumiałem kujonów, dla których szóstki, a potem piątki były wyznacznikiem sukcesu i kokainą ich dziwnych istnień. Nigdy też nie pojąłem jak można ze wszystkich przedmiotów na studiach zadowolonym być z trój. Przede wszystkim dziwne wydawało mi się, do tej pory wydaje, że mamy ponoć jednych z najlepszych programistów na globie, a przez ostatnie kilkanaście lat ich sukcesów nie znalazł się żaden Zuckerberg, Gates, Hewlett, ani Packard. Dopiero po studiach uświadomiłem sobie, że ambicja ambitnych ograniczała się do zdobycia stypendium. Na moim roku tylko jedna osoba założyła firmę, w dodatku tuż po studiach, a nie w trakcie. Mimo tego nawet ów kolega świadczył usługi, a nie budował produkt. Słowem – biznes słabo skalowalny, bez wizji globalnej.

Nie znaczy to oczywiście, że nie ma nic poza biznesem. Nikt tam jednak nie chciał naprawdę zostać ani naukowcem, ani zrobić pieniędzy, ani zmieniać świata. Właściwie postawa zawierała się w słowie przetrwanie. Stypendia również do tego się sprowadzały.

Jacek Kuroń napisał kiedyś w swoich notatkach więziennych (które przygotowywał w celi w trakcie procesu po wydarzeniach marcowych) ciekawą linijkę:

Wszystko, co robiłem, uważałem za swój obowiązek, rachunek, który muszę spłacać za wykształcenie, które otrzymałem.

Francuzi mają swoje noblesse oblige, czyli odpowiedzialność moralną wiążącą się ze szlachectwem i przywilejami. W tych strategiach przetrwania, w tych biednych biolożkach nierozumiejących swojej roli w społeczeństwie widziałem brak moralności. Brak poczucia, że ponieważ urodziliśmy się nieco mądrzejsi od innych, że mieliśmy szansę od losu by się wykształcić, by znaleźć w – jakby to patetycznie nie brzmiało – elitarnym gronie, to powinniśmy się starać, piąć do góry. Nie dla pieniędzy tylko, nie dla kariery, władzy, ale dla całego społeczeństwa. Być magistrem powinno w nas budzić refleksję, że nie wolno nam marnować czasu, że nie powinniśmy osuwać się w bezmyślność, ale nawet jeśli wymaga to od nas wysiłku starać się dążyć do ideałów, do zrozumienia nauk, do życia wyższego, piękniejszego, mocniejszego.

Być może jednak myliłem się.

Pieniądze

Jestem pracownikiem korporacji. Dużej. Jednej z największych. Znacie jej logo. Nie muszę wymieniać nazwy. Jestem tego pewien.

Jako specjalista z doświadczeniem i nie najgorszymi umiejętnościami zarabiam minimalne sensowne pieniądze. Większość Polaków oburzyłaby się i powiedziała, że duże. Większość Polaków nie ma pojęcia o finansach. Najlepszym przykładem była niedawna sonda uliczna, w której pewna dziewczyna na pytanie, ile netto miesięcznie powinna dostać za pracę, by żyć godnie, odpowiedziała: dwa tysiące, no albo tyle co średnia krajowa, ale przecież nikt tyle nie zarabia. Większe pojęcie o pieniądzach miała pierwsza lepsza kuchta w dowolnej powieści Balzaca.

Być może bierze się to z inteligencji dzisiejszych bogaczy. Sto kilkanaście lat temu budowało się w centrum miasta pałac, zdobiło neobarokowymi sztukateriami fasadę, sufity rzygały złoceniami aż bruk lśnił, a robotnikom pękały z zazdrości oczy. Dzisiejsze wille schowane są w podmiejskich lasach za wysokimi ogrodzeniami. Ewentualnie mają podwórza tak rozległe, że przypominają parki. Już kilka lat temu pewien złodziej z Warszawy opowiadał mi o rezydencjach, w których nie sposób przebiec od budynku do bramy w sensownym czasie. Prawdziwe zamki natomiast mają własne lądowiska dla helikopterów i odrzutowców. Nie znajdziemy ich zdjęć na Instagramie. Czasami w jakimś dokumencie odważny dziennikarz zaryzykuje ujęcie z awionetki.

Prawdę jednak powiedziawszy jestem przekonany, że każdy z was zna kogoś, kto ma dom lub dwa i kupił córce lub synowi mieszkanie za gotówkę. Na pewno kojarzycie kogoś z majątkiem netto rzędu miliona polskich złotych. Żeby dorobić się miliona trzeba przez dwadzieścia pięć lat odkładać miesięcznie trzy i pół tysiąca PLN. To wbrew pozorom wcale nie jest dużo. Przy pięciuset-siedmiuset tysiącach w aktywach obrotowych nie sposób się nawet utrzymać przy życiu z odsetek (chyba, żeby zakładać maksymalną legalną roczną stopę oprocentowania, czyli czterokrotność stopy lombardowej, co obecnie daje 10%, a w praktyce jest nieosiągalne).

Nieco zapomnianą dychotomią, jaką w malutkiej książeczce napisanej sto sześćdziesiąt osiem lat temu stosowała dwójka Niemców, jest podział ludzi na tych, którzy utrzymują się ze sprzedaży swojej pracy oraz tych, którzy żyją z zysków, które generuje posiadany kapitał. Większość osób pojęcie proletariusza kojarzy z biednym, niewykwalifikowanym robotnikiem z XIX wiecznej fabryki. Tymczasem w oryginale proletariuszem był właśnie ktoś, kto handluje własną pracą, każdy swój oddech sprzedaje za odroczenie śmierci głodowej. Tak. To prawie każdy z nas.

Pamiętam, jak kiedyś pracowałem jako pakowacz w pewnej firmie oświetleniowej i jeden z pakowaczy powiedział znienacka: ‘Nigdy nie będę wolny!’

Jakiś czas temu zrobiło się głośno o wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim. Medialny shitstorm wywołało jego oświadczenie majątkowe, z którego wynika mniej więcej tyle, że w samej tylko gotówce wicepremier ma 3,2 mln zł (…) Do tego dochodzą akcje warte ponad 3,8 mln złotych, są to przede wszystkim papiery BZ WBK, w którym Morawiecki pracował ponad dziesięć lat. W skład majątku wicepremiera i ministra rozwoju wchodzi też 150-metrowy dom na półhektarowej działce i drugi, 100-metrowy, na działce o powierzchni 2,8 tys. metrów kwadratowych. Jedyna nieruchomość, której wartość ujawnił, to 2-hektarowa działka rolna wyceniona na stosunkowo niewielką kwotę 110 tys. zł. I tak dalej i te pe. Więcej tutaj: http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/oswiadczenie-majatkowe-mateusza,175,0,1995183.html

Przycinając na krótko długą historię – Pan Mateusz pracował przez dekadę jako prezes BZ WBK i zarobił na tym ponad trzydzieści milionów PLN. W komentarzach czytamy, że jest obrzydliwie bogaty. Kolejny dowód na brak świadomości Polaków. Pan Morawiecki jest po prostu wolny. Uwolnił siebie i swoją najbliższą rodzinę.

Za uwolnienie jednego sługi można odsunąć od siebie ciężar zarządzania kapitałem i mieć czas na sprawy ważniejsze. Zdarza się to jednak tylko najzdolniejszym z poddanych.

Nigdy nie płacą niewolnikom wystarczająco dużo, żeby mogli się wyzwolić, tylko w sam raz, żeby mogli przeżyć i wrócić do pracy.

Prawdziwie bogaci są bardzo bogaci. Trzy najbogatsze osoby na świecie mają po 70 000 000 000 USD majątku. Oznacza to, że gdyby założyć cenę hektara na poziomie 35 000 PLN Warren Buffet mógłby kupić nieco ponad 25% powierzchni Polski.

2014-06-19-bigstockTheLoveOfMoney302143011.jpg

Tak. Też w to, kurwa, nie dowierzam, ale 70 000 000 000 USD to ok. 280 000 000 000 PLN. Daje to 8 000 000 ha, czyli 80 000 kilometrów kwadratowych, a Polska liczy ich 312 679.

I nie musimy wcale szukać daleko, bo choćby bliski memu miastu Antoni Ptak posiada majątek szacowany na dwa miliardy złotych.

Z tych wszystkich przyczyn drażnią mnie stwierdzenia o naszej – specjalistów IT – zamożności. Mój Boże, jesteśmy zaledwie nieco lepiej opłacanymi wyrobnikami, wciąż o statusie niewolników, którzy nigdy, przy choćby największych oszczędnościach, nie dadzą rady się oswobodzić. Na dodatek nasz dobrobyt nie dość, że iluzoryczny, jest także kruchy. W ostatnich latach następuje migracja pewnych stanowisk pracy do Europy Środkowo-Wschodniej. Działa to na naszą korzyść, ale jest to naturalne grawitowanie kapitału w kierunku większego ROI. Kiedy tylko pojawi się głębsza niecka, natychmiast nasze życiodajne źródła popłyną w nowym kierunku. I jak szybko wtedy znikną te kilku, kilkusettysięczne oszczędności? Jak szybko banki zaczną wyrzucać wierzycieli w październikowy mrok, w listopadowy chłód? Wszyscy powyżej pewnego wieku w tym bawełnianym mieście widzieli już zapaść. Dzisiejsze fabryki przenieść jeszcze łatwiej.

Wiec czemu tak mało z nas ma w głowie pesymizm?

Cytaty pochodzą z listu, który w 1986 roku Charles Bukowski wysłał do swojego wydawcy. Pełna treść listu dostępna jest tu: http://booklips.pl/czytelnia/listy/charles-bukowski-o-wyzysku-i-pracy-na-etacie/

Stagnacja eksplozji

Jestem więcej niż kiedykolwiek. Puchnę, eksploduję na otoczenie. Nigdy przedtem nie byłem tak dobrze odbierany, tak rozchwytywany. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spójnie, racjonalnie, nie sięgałem planami tak daleko i szeroko. Nigdy tyle nie zarabiałem, a mimo to wiem, że to dopiero początek. Nigdy przedtem nie byłem tak płynny w angielszczyźnie. Nie było czasu, gdy spojrzenia kobiet tak bardzo grawitowałem. Nie było lat, bym więcej niż w tym roku podróżował. Nigdy wcześniej nie nauczyłem się tak dużo, w tak krótkim okresie.

I nudzę się.

Nudzę.

I w tych wieczornych powrotach przez zmarznięte miasto, w refleksach lśnień na taflach szyb, na ścianach brył, w świetlikach iluzji migoczących na elewacjach biur, w tych ciemnych alejach, zamglonych parkach, wieczornych przelewach, porannych koszmarach, we wszystkich tych chwilach, godzinach i dniach – uciekam. W siebie, w przeszłość. Im więcej energii pozornej, tym głębsze te wsobne autyzmy, im pieniądze większe, tym mniej wiem na co je wydać: bo na rzeczy ważne mnie nie stać, a najważniejsze nie mają ceny. Te kilka chwil zwierzęcego entuzjazmu sprzed piętnastu lat. Albo godzina przy stoliku z kimś, kto dawno już o mnie zapomniał. Lub choćby ta wódka z K. i jego pozerstwo, gdy nosił spirytus w piersiówce, gdy woził katanę w maluchu. Może też M. heroiczna, gdy z bólem gardła, głowy i serca wiodła mnie przez obce miasto, przez słońce i nocne światła, przez mosty i rzeki, kościoły i kawiarnie. Z pewnością M. w tysiącu godzin, w rozmowach nocnych i dziennych spacerach, w szaleństwie i mądrości, w dyskusjach i wygłupach.

Prawdziwe życie to kilka chwil. Kilka kobiet, rozmów, miejsc. Tak strasznie się rozcieńcza w tysiącach złotówek, tak sprytnie nam je kradną, tak tanio oddajemy…

Gdzie sprzątaczek sześć, tam błękitna pleśń

Zaś kiedy wszyscy zdolni architekci Łodzi umarli, wyjechali do innych miast albo zostali wydaleni z zawodu, kiedy dawne piękno gniło w powojennych realiach, bo wojna przez argument śmierci, argument siły, wygrała z intelektem i rajdy Niemców wyrżnęły katedry oraz spaliły biblioteki, otóż wtedy garstka miernot wymościła Aleję Politechniki gównianym modernizmem, srając kiczowatymi bryłami pomiędzy wąwozem ulicy nie do spaceru, ale ku jakże komunistycznej maszynie (w mieście mas) zrodzonej.

Przejeżdżam nią codziennie. Co dnia oglądam skażone świtem chłodnie kominowe EC-2, akademiki składujące setki cuchnących beznadzieją studentów, którzy za rok, dwa, pięć zamienią się w korporacyjnych zapierdalaczy. Przy Felsztyńskiego wysiada sześć sprzątaczek, które pojawiły się w tramwaju kilka przystanków wcześniej. Wszystkie biedne nawet jak na polskie warunki. Co do jednej – kobiety. Każda z wiadrem i parą szczotek (mopem i miotłą). Doszło już do tego, że nawet na tym sprzęcie trzeba nam oszczędzać. Na SUVy dyrektorów szmacianych spółek nie wystarczą już cięcia w budżecie wynagrodzeń. Coś jest na rzeczy i te sprzątaczki wędrujące komunikacją miejską razem z utensyliami za pracą stanowią signum temporis. Coraz większy smród w zbiorkomie, coraz piękniejsze samochody na ulicach. Zacząłem już ignorować kolejne Mercedesy AMG i Porsche Cayenne. Po okolicznych lasach wyrastają działki grodzone wysokimi płotami, a perspektywy bram zaczynają osuwać się w rozpacz lat ’90, kiedy Łódź przeżywała terapię szokową, z której nigdy do końca nie wytrzeźwiała. Pracownicy najemni rozmaitych profesji balansują na linie nad przepaścią biedy, a odległość między klifami rośnie z każdym (k)rokiem.

Jesień galwanizuje percepcję refleksją, co cenię. W dniach pierwszych, bo w drugich zamula jak kac. W istocie – kac po lecie i wiośnie. Wiosna byłaby w tej libacji pierwszym łykiem budzącym lekki, elektryzujący rausz. Lato wódką. Dużą.

Przede mną ruda dziewczyna leży bezwładnie na siedzeniu tramwaju. Jej głowa tłucze o szybę, aż po mój własny ból. Podnoszę się, biorę ją za ramię. Odwraca się – nie zemdlała i nie umiera. Ma tylko kaca, bezsenność, zwałę. W odruchu wstydu przepraszam ją za przebudzenie.

Smród dojrzałego potu miesza się w tych przestrzeniach z zalotnymi perfumami. Nadzieja studentów ze stuporem pracujących i beznadzieją bezrobotnych. Tak niesamowicie cicho nie dzieje się w życiu nic. Tak skrzeczy niema rzeczywistość, że trzeba ją sobie wymyślać od nowa. Ubierać w nastroje, marzenia i nowotwory. Zakochiwać się z nudów w przypadkowym mięsie. Wędrować wieczorami po samotnych cmentarzach i roić sny ziszczające się w porankach. Notować bełkotliwe eseje i wysyłać w świat, by ginęły te motyle jednego kilobajta na przecięciu języków, w skrzyżowaniach słów. I może tylko z zapomnianego i omal zełganego promienia słońca pewnych oczu można będzie wysłowić jak z ziarna, utuczyć godzinami autyzmu nad cyfrowymi kartkami historię…