Pobyt w trumnie uświadomił mi…

Pobyt w trumnie uświadomił mi… – rozpoczyna telewizyjną setkę Koreańczyk, klient ośrodka rozwijającego duchowo przez popłuczyny memento mori. Wkładają tam ochotników do trumien, gdzie rzekomo przechodzą spirytualną metamorfozę uświadamiając sobie własną śmiertelność. Stary trick, nawet w takich hollywoodzkich produkcjach jak Fight club przerżnięty – by użyć wyrafinowanego porównania – niczym kurwa z Roksy.

Ja tymczasem śmierć umiem. I cóż mi po tej wiedzy! Piję caberneta, czytam Lermontowa, a w międzyczasie do kawy słucham bluesa. Czy też po kawie czytam, a do bluesa sączę sauvignona. Jakoś tak…

Rok umiera. Karpie już umarły. Powinienem przemyśleć piętnasty, a prokrastynuję. To takie modne. Jak czarne płaszcze, czarne rury no i czarne roshe. Sześciu zer w tym roku nie zrobiłem. Nie ma nawet co trawić mózgiem takiego postanowienia noworocznego. Trawienie winno się skupić na alkoholu.

Lermontow umiał opisywać kobiety. Na Bohatera naszych czasów polowałem jak na milion: latami tkwił mi z tyłu głowy. Jest w tej powieści rosyjskie wysmakowanie, przestrzeń stepu i wsi, przebiegłość prostaków i wyniosłość arystokracji, emocjonalne rozedrganie fiodorowych charakterów, coś z Gogola i coś z Pasternaka. Jest wszystko. W każdym razie wiele. Oby tak wiele miała kiedyś polska literatura.

Grudzień jest ciepły jak kwiecień, takie też budzi asocjacje. Entuzjazm, wola, przesilenie. Nie wiem, co o tym myśleć.

Advertisements