Do końca

Jacek Walkiewicz, dość słynny polski coach, w swoich wystąpieniach mawia często: W życiu są rzeczy, które warto, i są rzeczy, które się opłaca, ale nie zawsze to, co warto, się opłaca, i nie zawsze to, co się opłaca, warto. Choć nie łatwo uniknąć dziś zarzutu bycia kolejnym Coelho, słowem argumentu trywialności w przypadku aforyzmu, to wydaje mi się, że coś w tym jednak jest.

Staję właśnie przed takim wyborem. Wydaje się, że się nie opłaca. Przedsięwzięcie jest nieco ryzykowne. Termin szalony. Szanse niepewne. Mimo to: warto.

Wiele zajęć różnych kwestii mnie w życiu nauczyło. Biegi długodystansowe: trzymać rozsądne tempo, nie szarżować i być konsekwentnym. Spekulacja na giełdzie: nie popadać w histerię w złych dniach i nie chwytać się kurczowo pierwszej okazji, gdy tylko pojawi się zysk, bo może zjawić się większy. Pewne lato nauczyło mnie również, by nigdy nie odpuszczać. Nie wolno przenigdy, pod żadnym pozorem, ani argumentem poddać się w walce o marzenia. Choćby kompletnie obłąkane były plany ich realizacji. Niechby nawet wyszło się na kompletnego idiotę w próbach ich zwyciężenia – walczyć. Walczyć i próbować. Jedyną alternatywą jest wieloletnia gorycz. Nie z przegranej bynajmniej. Z tego momentu, sekundy słabości, w której zdecydowało się wywiesić białą flagę.

Advertisements

Marzenia

Marek Dyjak w wywiadzie rzece opowiada, że chciałby pomieszkać w Portugalii, nawiązując tym do fado, portugalskiego bluesa, pieśniarstwa smutnego, melancholijnego, smakowania rozpaczy. Takie są i jego płyty – rozpaczliwe, dramatyczne, nie w tym jednak cel przywołania Dyjaka, bo moje uwielbienie dla rozpustnego taplania się w negacji szczęścia, w którym widzę głębię i specyficzną radość z brzmienia molowej tonacji zna każdy, komu choć odrobinę pozwoliłem zajrzeć w siebie. Idzie o marzenia. Pozornie niewygórowane, a w istocie koszmarnie drogie. Sam przez pewien czas sądziłem, że pożywnie dla życiorysu byłoby spędzić w każdym z krajów Europy rok lub dwa. Wmawiałem sobie coś, o czym dziś wiem już, że było naiwnością – że mianowicie można ten czas wypełnić pracą. Etat zabija. Powiedzmy wprost – nie sposób poczuć życia spędzając je na pracy. Te same biura, te same twarze, co dnia, czynności mechaniczne, robotyzacja jednostki redukująca osobowość do zbioru danych osobowych, biometrycznych, lajków na fejsie i historii kredytowej. Kogo jednak stać na choćby rok w Portugalii, czy Danii spędzony na spacerach po miastach, lekturze, być może zaczerpywaniu języka lub poznawaniu ludzi? Lifestyle i wolność sprowadzają się – co za banał – do wyboru między Nike, a Reebookiem, Apple, a Samsungiem i sneakersami, a trampkami. Im starsze daty urodzenia tym większa redukcja osobowości. Rozglądam się wokół i coraz mniej ludzi dostrzegam. Więcej życia we wspomnieniach dwóch J., kilku M., jakiegoś P., zapomnianej omal S.. Juwenilne wykwity różnorodności, która w kilka lat zredukowała się jak zbiór potencjalnych wyników równania w miarę jego rozwiązywania. Nawet te porównania powtarzam sam za sobą. Ot, starość.

Deliryczny aspekt pracy programisty

Być może to skutek seansu z Mr. Nobody. Film artystycznie tłumaczy nam złożoność wszechświata, wspierając się przy tym na teorii multiwersum składającego się z decyzyjnych rozgałęzień. Rzecz stara, choć ciekawie przedstawiona. Czyli każda nasza decyzja rozwidla świat, każda kolejna mnoży je jeszcze bardziej. Nie tylko decyzja, każda niedeterministyczna zmiana. Nie pamiętam nawet, gdzie pierwszy raz o tym przeczytałem lub kiedy pomyślałem. Mamy tu i pokrewne pomysły wyciśnięte z fizyki, jak czas nie kroczący liniowo, jak wymiary temporalne, a nie przestrzenne. Jest również miejsce na fatalizm, miłość i fantastykę naukową. To kolejny z filmów, które nie budzą mojego zachwytu, a konfuzję graniczącą ze stanem chorobowym, choć ciężko im odmówić walorów artystycznych.

Być może to zatem skutek filmu, że przeszło mi przez myśl, jak deliryczne w istocie jest bycie programistą. Nie dla jakiegoś popadania w umaszynowienie, że niby tak rozumiemy sprzęt, że przestajemy słuchać ludzi albo myślimy cyframi. Istnieje natomiast jeden specyficzny aspekt pracy programisty. Subtelne rozróżnienie między środowiskiem testowym, a produkcyjnym. Na testowym systemie można wykonać wszystko i nie ma to absolutnie żadnego skutku. Środowisko produkcyjne wywiera piętno na rzeczywistości. Tyle tylko, że są omal lustrzanymi odbiciami, z definicji nie mogą się zresztą o siebie różnić, poza rzecz jasna skutkami operacji na nich wykonywanych. Wyobraźcie sobie, że regularnie żyjecie na granicy dwóch światów. W jednym wszystko co robicie nie ma praktycznie skutku. W drugim każdy błąd ma ogromny koszt. W jednym kasujecie konto użytkownika i nic się nie dzieje. W drugim kasujecie i człowiek nie dostaje wypłaty. W jednym robicie przelew i zmieniają się kilobajty. W drugim robicie przelew i zmienia się życie. Jeden od drugiego różni się najczęściej jedną literą lub cyfrą w adresie serwera. Ot, deliryczny aspekt życia programisty.

Można by wręcz pomyśleć – a co jeśli nasz wszechświat jest tym testowym? Jeśli tu znajdowane są błędy i stąd całe zło? Cyfrowa teleologia, ha!

 

Ból musi być żywy

Tęskniłem za nocami. W te dni lat płodnych w międzyludzkie kontakty, w których syciłem oczy obracaniem w spojrzeniach osobowości miałkich oraz niepowtarzalnych, w których jak w Ziemi obiecanej zaczynałem stawać się dodatkiem do własnego pugilaresu i wciąż, jak zawsze marzyłem by uciec stąd i zapomnieć o wszystkim. Najbardziej bezpłatną ucieczką zawsze były te minuty beztroskiego lepienia myśli pacnięciami palców o plastikowe klawisze. Przez lata żyłem z trupami, truchłami, prawie wyłącznie słuchając pośmiertnych dialogów: jak w Bobku Dostojewskiego, być może zresztą Fiodor zawarł w tym właśnie metaforę literatury. Więc w te dni, te miesiące od słonecznych po mroczne, od upalnych po mroźne, od radosnych po beznadziejne tęskniłem za nocami.

Nad pięknem nocnej ciszy, błogiego spokoju od skrzeku rzeczywistości postawiłbym chyba jedynie nadzieję. Nie sposób jednak uprawiać nocy na etacie. Noc to nie wypad na weekend, dzień, dwa nie wystarczą. Wampiryczny romantyzm wymaga światłowstrętu, spleenu, poezji i prozy. Dni, tygodni przygotowań i pielęgnacji. Ofiarując jednak nocy skupienie zyskujemy zachwyt.

Zachwyt, kiedy ostatni raz prawdziwie się zachwyciłem? Czy kiedykolwiek będzie coś większego od jej ostatniego spotkania? Wymiaru tamtej rozkoszy nie policzę na palcach żadnej nocy, a bólu odjęcia tamtego szczęścia nie wyrazi żadne fizyczne cierpienie. O ironio święty spokój jest spokojem sklętym. Tylko żywy ból złamanej nadziei uświadamia życie, tylko wtedy umieramy wolniej. Banał rytuałów i rutyna codzienności zaginają czasoprzestrzeń kurcząc czas. Wracając z toalety potykamy się o własną starość, a drzemka deski łóżka transponuje na drewno trumny. Przemijam bez pulsu, zanikam. Słomiany Chopin z sercem w innym kraju.