Koniec

Wszyscy z wolna się kończymy. W rozkrzyżowaniach wyborów podejmowanych zawsze z pistoletem u skroni. W redukowaniu się ambicji i marzeń do strategii i taktyk. Moi biedni mistrzowie – skundleni. Moje biedne miłości – oszpecone. Biedny ja, osierocony.

Czas płynie szybciej, katalizowany banałem, w tygodniach miesięcy, rozpięty na grafikach, strwoniony na mailach, czas, w którym tak beznadziejnie czekamy, tak nieustannie czekamy, by doczekawszy tej krótkiej chwili, tej sekundy zachwytu, nie móc jej zatrzymać. Nie zdecydowałem jeszcze, czy większa jest perfidia tej nadziei, czy gorycz tej utraty. Czy bardziej bolały mnie lata czekania na ciebie, czy ta sekunda, kiedy wstałaś od stolika?

Sztuka jest narkotykiem i jak każdy narkotyk stanowi ekstrakt. Odcięcie łodygi, rafinacja, wszystko to definiuje film i powieść.

Ociekam nudą, rzygam monotonią. Biała dziura rutyny okrada z czasu, zabija potencjał wzruszeń na odległych światach. Darwinizm kapitalizmu woła o pomstę do wojny, bo tylko tak można przyspieszyć rozgrywkę i przypadkiem ją wygrać. Strzelając w łeb lub w łeb dostając. Ginąc albo przeżywając. Bez nieskończoności poniżeń, gnijących złudzeń i straty czasu. Nuda spokoju dąży do eksplozji jak nuda pradawnej nicości.

Marzenia

Marek Dyjak w wywiadzie rzece opowiada, że chciałby pomieszkać w Portugalii, nawiązując tym do fado, portugalskiego bluesa, pieśniarstwa smutnego, melancholijnego, smakowania rozpaczy. Takie są i jego płyty – rozpaczliwe, dramatyczne, nie w tym jednak cel przywołania Dyjaka, bo moje uwielbienie dla rozpustnego taplania się w negacji szczęścia, w którym widzę głębię i specyficzną radość z brzmienia molowej tonacji zna każdy, komu choć odrobinę pozwoliłem zajrzeć w siebie. Idzie o marzenia. Pozornie niewygórowane, a w istocie koszmarnie drogie. Sam przez pewien czas sądziłem, że pożywnie dla życiorysu byłoby spędzić w każdym z krajów Europy rok lub dwa. Wmawiałem sobie coś, o czym dziś wiem już, że było naiwnością – że mianowicie można ten czas wypełnić pracą. Etat zabija. Powiedzmy wprost – nie sposób poczuć życia spędzając je na pracy. Te same biura, te same twarze, co dnia, czynności mechaniczne, robotyzacja jednostki redukująca osobowość do zbioru danych osobowych, biometrycznych, lajków na fejsie i historii kredytowej. Kogo jednak stać na choćby rok w Portugalii, czy Danii spędzony na spacerach po miastach, lekturze, być może zaczerpywaniu języka lub poznawaniu ludzi? Lifestyle i wolność sprowadzają się – co za banał – do wyboru między Nike, a Reebookiem, Apple, a Samsungiem i sneakersami, a trampkami. Im starsze daty urodzenia tym większa redukcja osobowości. Rozglądam się wokół i coraz mniej ludzi dostrzegam. Więcej życia we wspomnieniach dwóch J., kilku M., jakiegoś P., zapomnianej omal S.. Juwenilne wykwity różnorodności, która w kilka lat zredukowała się jak zbiór potencjalnych wyników równania w miarę jego rozwiązywania. Nawet te porównania powtarzam sam za sobą. Ot, starość.