Śmiertelność orientuje bieguny

Budzę się w powietrzu, od głodu, w słońcu znaczy ogniu, szczęśliwie od wojen daleki. Znów wywinąłem się kostusze, a moje z nią tańce nie mają nic z artyzmu danse macabre. Przesadzam rzecz jasna. Ja zawsze przesadzam.

Śmiertelność orientuje bieguny. Weryfikuje dążenia. Jak bardzo jesteśmy w codzienności nieśmiertelni! – marnotrawiąc godziny, sprzedając je za półdarmo, nieraz trwoniąc, czasami oddając byle komu, za byle co, bywa wręcz, że za nic. Mądrość śpiesznych emerytów, tak śmieszna zresztą mądrość, jest jeszcze przed nami. Oni już wiedzą. Idioci, a wiedzą.

Już jutro znów zdurnieję. Zracjonalizuję się. Ozdrowieję do pełna. Zapomnę o tym, co robić powinienem, bo przecież choć jest jutro, to dzień po jutrze niepewny, a przyszły tydzień właściwie należy rezerwować na wybór trumny. Sądzę, że czerń raczej niż brązy. Szkoda zresztą, że w temacie jak w architekturze funkcjonalność i prostota, a nie barok, gotyk. Może to jakoś mentalnie mapuje współczesne fascynacje? Cała designerska para w auta i telefony, a trumny, trumny proste…

Ja wiem, ja wiem, że carpe diem, to nie second nawet hand idei, a jakieś bliskie nieskończoności pochodne. Żadne rozwiązanie. Tyle, że coś w tym, kurwa, jest ważnego. Coś w tym, kurwa, musi być. Życie taką sobie buduje iluzję wieczności – czego najlepszym zresztą dowodem są systemy wierzeń rojące sobie wieczne życia po życiu doczesnym – że dopiero, choćby i subiektywne, muśnięcie kresu, na chwilę przywraca… być może słuszny balans. Jakiś pion ontologiczny temu bezczelnemu zwierzęciu o zwinnych łapskach, którymi próbuje udowodnić wszechświatowi swoją przewagę nad czymkolwiek.

I w sumie proste, najpierwsze refleksje najcelniej dopadają – że żyć trzeba i przeżyć, ale zapomnieć o pragnieniach najgłębszych, o wartościach terminalnych… zapomnieć o nich to trwonić czas. Czas…

Advertisements