Stagnacja eksplozji

Jestem więcej niż kiedykolwiek. Puchnę, eksploduję na otoczenie. Nigdy przedtem nie byłem tak dobrze odbierany, tak rozchwytywany. Nigdy wcześniej nie czułem się tak spójnie, racjonalnie, nie sięgałem planami tak daleko i szeroko. Nigdy tyle nie zarabiałem, a mimo to wiem, że to dopiero początek. Nigdy przedtem nie byłem tak płynny w angielszczyźnie. Nie było czasu, gdy spojrzenia kobiet tak bardzo grawitowałem. Nie było lat, bym więcej niż w tym roku podróżował. Nigdy wcześniej nie nauczyłem się tak dużo, w tak krótkim okresie.

I nudzę się.

Nudzę.

I w tych wieczornych powrotach przez zmarznięte miasto, w refleksach lśnień na taflach szyb, na ścianach brył, w świetlikach iluzji migoczących na elewacjach biur, w tych ciemnych alejach, zamglonych parkach, wieczornych przelewach, porannych koszmarach, we wszystkich tych chwilach, godzinach i dniach – uciekam. W siebie, w przeszłość. Im więcej energii pozornej, tym głębsze te wsobne autyzmy, im pieniądze większe, tym mniej wiem na co je wydać: bo na rzeczy ważne mnie nie stać, a najważniejsze nie mają ceny. Te kilka chwil zwierzęcego entuzjazmu sprzed piętnastu lat. Albo godzina przy stoliku z kimś, kto dawno już o mnie zapomniał. Lub choćby ta wódka z K. i jego pozerstwo, gdy nosił spirytus w piersiówce, gdy woził katanę w maluchu. Może też M. heroiczna, gdy z bólem gardła, głowy i serca wiodła mnie przez obce miasto, przez słońce i nocne światła, przez mosty i rzeki, kościoły i kawiarnie. Z pewnością M. w tysiącu godzin, w rozmowach nocnych i dziennych spacerach, w szaleństwie i mądrości, w dyskusjach i wygłupach.

Prawdziwe życie to kilka chwil. Kilka kobiet, rozmów, miejsc. Tak strasznie się rozcieńcza w tysiącach złotówek, tak sprytnie nam je kradną, tak tanio oddajemy…

Advertisements