Miłość

Kiedy posłucha się porad, które okazjonalnie wygłaszają osobowości takie jak Zuckerberg, Jobs, czy Musk na jednym z pierwszych miejsc pojawia się pasja, częstokroć wyrażana banałem rób to co kochasz. Logika stoi za tym prosta – życie jest jak testy robotów w Boston Dynamics, próbujesz coś zrobić, a ono wytrąca ci to z ręki, próbujesz coś dogonić, a ono ucieka; jeśli mamy osiągnąć cokolwiek, co wymaga poświeceń, musimy to kochać, bo tylko dzięki temu się nie poddamy i nie pójdziemy szukać szczęścia w innym kierunku.

Mam wiele szczęścia, naprawdę jestem szczęściarzem, gdyż mam w życiu kilka pasji. Jedną z nich jest moja praca. Wykonuję to, co bezsprzecznie lubię. Po latach zmagań z tematem mogę chyba wręcz pokusić się o stwierdzenie, że kocham. Wszystkim tego życzę, bo jest prawdą, że mimo trudności, gorszych dni, chwil, miesięcy, mimo umiarkowanej nieraz satysfakcji, w zasadzie nadal i wciąż, dalej i bez przerwy nie widzi się innej alternatywy poza tym, co się kocha.

I może w relacjach damsko-męskich miłość podobną odgrywa rolę… Może Cohenowskie love’s the only engine of survival jest prawdziwe nie dlatego, że bez miłości skaczemy w przepaści bezsensu, w otchłanie rozpaczy, ale dlatego, że tylko kochając i to kochając prawdziwie, możemy przetrwać życie, tak trudne do przeżycia w pojedynkę, z kimś, kto inspiruje, wspiera i napędza. I może miłość romantyczna nie jest w żadnej mierze miłością, a w dużej mierze egoizmem połączonym z masochizmem?

Advertisements

Trzy

Pierwszą spotykam wychodząc z biurowca. Wszystkie korporacyjne wnętrza są takie same. Krzesła, biurka, monitory. Recepcje, badge, nadgodziny. Mimo ósmej rano ponure, sine twarze wpatrzone w ekrany. Zapach taniej kawy wije się między boksami open space’u. Za oknem jesień, polska jesień: szare krople szklą szkielety drzew, zblakła trawa umiera na marginesie krzywych chodników. Ma na imię D. i ładne nogi. Choć to ja pierwszy zaczepiam ją spojrzeniem, to z braku pewności pozwalam jej przejąć pałeczkę.

– Czy my się skądś nie znamy?

Znamy, rzecz jasna. Trzy zdania na krzyż, small talk w deszczu, uśmiechy. Gramy to jak Zimmerman mazurki. Dwa miesiące temu, jakiś wieczór, kilka godzin. Tak, to była ona. Emocjonalna, wyrazista, o dużym potencjale seksualnym wyrażającym się w sformułowaniach takich jak Uwielbiam penisa mojego faceta, jest zajebisty, najlepszy. Wymieniamy się banałami, odliczamy trzy minuty. Więcej niż pięć ta rozmowa nie potrwa. Wyczekujemy milczenia. Pod koniec rzucam kwotę. W Polsce o pieniądzach się nie rozmawia. Oczy puchną jej jak brzuch w ciąży. Po co to zrobiłem? Mogłem skłamać. Mogłem powiedzieć pięć tysięcy. Jestem złym człowiekiem.

Drugą spotykam w centrum handlowym. Wszystkie sklepy są takie same. Tysiące lamp i lśniące posadzki. Smugi perfum na piętrach z ciuchami. Zapach tłuszczu na piętrach z jedzeniem. Nisko położona piramida wieku. Tłumy nastolatków. Samotni staruszkowie. Te same marki. Wszędzie, w każdym mieście, a nawet i kraju te same loga i usługi. Złote łuki, łyżwa, krokodyl. Miasto, masa, maszyna. Uniformizacja, unifikacja, globalizacja. Mózg zaś jest fascynujący. Ostatni raz widziałem ją 10 lat temu. Znaliśmy się dwa tygodnie. Rozpoznanie twarzy zajmuje mi mniej niż sekundę. Tak pięknie się dziwi, gdy przeszłość wita się z nią wymieniając jej imię i nazwisko. Tak zabawnie się przeraża, kiedy uświadamia sobie, że mnie nie pamięta. Umyka szybko. Jakby można było umknąć przed przeszłością…

Trzecią spotykam w księgarni. Wszystkie empiki są takie same. Hipermarkety z książkami. Nie kupicie tam Lermontowa, ani Hemingwaya, ale Kasię Tusk i Kingę Rusin w promocji. Może nawet w zestawie. Do książki zaproponują wam czekoladę. Znajdziecie tam każdy poradnik. Zresztą na sekcji poradników mała, smutna sprzedawczyni każe mi szukać Raczkowskiego. Kiedy mówię jej, że tytuł to Książka, którą napisałem, żeby mieć na odwyk nie dowierza. Co innego wesoły rudzielec, który pomaga mi później, gdy moje poszukiwania kończą się fiaskiem. Ma szeroki uśmiech, figlarne spojrzenie brązowych oczu i czarne jeansy o wysokiej talii. Rzecz jasna krępujące jej zgrabny tyłeczek. Ach, jakie to niskie, że klepię w klawisze o tym, jak zwinie sunie przez półki, przez regały. Cóż jednak, jesień. Jakoś muszę zagłuszyć, że między tymi regałami ważniejsze sceny mnie kiedyś dopadły. Tylko wgapiając się w czarne jeansy rudej mogę zapomnieć o czarnych jeansach złotej.

Koniec

Wszyscy z wolna się kończymy. W rozkrzyżowaniach wyborów podejmowanych zawsze z pistoletem u skroni. W redukowaniu się ambicji i marzeń do strategii i taktyk. Moi biedni mistrzowie – skundleni. Moje biedne miłości – oszpecone. Biedny ja, osierocony.

Czas płynie szybciej, katalizowany banałem, w tygodniach miesięcy, rozpięty na grafikach, strwoniony na mailach, czas, w którym tak beznadziejnie czekamy, tak nieustannie czekamy, by doczekawszy tej krótkiej chwili, tej sekundy zachwytu, nie móc jej zatrzymać. Nie zdecydowałem jeszcze, czy większa jest perfidia tej nadziei, czy gorycz tej utraty. Czy bardziej bolały mnie lata czekania na ciebie, czy ta sekunda, kiedy wstałaś od stolika?

Sztuka jest narkotykiem i jak każdy narkotyk stanowi ekstrakt. Odcięcie łodygi, rafinacja, wszystko to definiuje film i powieść.

Ociekam nudą, rzygam monotonią. Biała dziura rutyny okrada z czasu, zabija potencjał wzruszeń na odległych światach. Darwinizm kapitalizmu woła o pomstę do wojny, bo tylko tak można przyspieszyć rozgrywkę i przypadkiem ją wygrać. Strzelając w łeb lub w łeb dostając. Ginąc albo przeżywając. Bez nieskończoności poniżeń, gnijących złudzeń i straty czasu. Nuda spokoju dąży do eksplozji jak nuda pradawnej nicości.

Ból musi być żywy

Tęskniłem za nocami. W te dni lat płodnych w międzyludzkie kontakty, w których syciłem oczy obracaniem w spojrzeniach osobowości miałkich oraz niepowtarzalnych, w których jak w Ziemi obiecanej zaczynałem stawać się dodatkiem do własnego pugilaresu i wciąż, jak zawsze marzyłem by uciec stąd i zapomnieć o wszystkim. Najbardziej bezpłatną ucieczką zawsze były te minuty beztroskiego lepienia myśli pacnięciami palców o plastikowe klawisze. Przez lata żyłem z trupami, truchłami, prawie wyłącznie słuchając pośmiertnych dialogów: jak w Bobku Dostojewskiego, być może zresztą Fiodor zawarł w tym właśnie metaforę literatury. Więc w te dni, te miesiące od słonecznych po mroczne, od upalnych po mroźne, od radosnych po beznadziejne tęskniłem za nocami.

Nad pięknem nocnej ciszy, błogiego spokoju od skrzeku rzeczywistości postawiłbym chyba jedynie nadzieję. Nie sposób jednak uprawiać nocy na etacie. Noc to nie wypad na weekend, dzień, dwa nie wystarczą. Wampiryczny romantyzm wymaga światłowstrętu, spleenu, poezji i prozy. Dni, tygodni przygotowań i pielęgnacji. Ofiarując jednak nocy skupienie zyskujemy zachwyt.

Zachwyt, kiedy ostatni raz prawdziwie się zachwyciłem? Czy kiedykolwiek będzie coś większego od jej ostatniego spotkania? Wymiaru tamtej rozkoszy nie policzę na palcach żadnej nocy, a bólu odjęcia tamtego szczęścia nie wyrazi żadne fizyczne cierpienie. O ironio święty spokój jest spokojem sklętym. Tylko żywy ból złamanej nadziei uświadamia życie, tylko wtedy umieramy wolniej. Banał rytuałów i rutyna codzienności zaginają czasoprzestrzeń kurcząc czas. Wracając z toalety potykamy się o własną starość, a drzemka deski łóżka transponuje na drewno trumny. Przemijam bez pulsu, zanikam. Słomiany Chopin z sercem w innym kraju.